Czy potrzebujemy jeszcze wypraw narodowych
Jest taka rozmowa, która wraca przy każdej ważniejszej zimowej wyprawie — rozmowa o tym, czy państwo powinno finansować alpinizm, czy polskie środowisko wspinaczkowe potrzebuje parasola narodowego, czy epoka wielkich wypraw państwowych była wzorem do naśladowania czy historycznym przypadkiem, który nie da się powtórzyć. Nie mam na to pytanie jednej odpowiedzi. Ale mam kilka obserwacji, które zebrałem przez lata bycia w tej branży i słuchania ludzi, którzy w niej byli znacznie wcześniej ode mnie.
Zacznę od tego, co zawsze zaczyna tę rozmowę: od lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych.
Co działało w tamtym modelu
Wyprawy tamtej epoki były możliwe z kilku powodów, które są ze sobą ściśle związane i których nie da się wyjąć osobno.
Pierwszy to finansowanie: państwowe, centralne, zorganizowane przez struktury sportowe i pozasportowe jednocześnie. Wyprawa na ośmiotysięcznik nie wymagała od wspinacza spędzenia dwóch lat na kampanii crowdfundingowej i negocjacjach ze sponsorami. Pieniądze były — nie w ilościach zachodnioeuropejskich, ale w ilościach wystarczających na wyprawę w konkretnym terminie.
Drugi to czas: wspinacze mieli go. Byli zatrudnieni w zakładach pracy, które — w ramach systemu — zwalniały ich na wyprawy. To było nieformalne, ale realne. Człowiek mógł przez dwa miesiące pójść w góry bez utraty pozycji zawodowej i bez konieczności odbierania służbowych maili z lodowca.
Trzeci to system selekcji. Polskie środowisko wspinaczkowe było wystarczająco duże i dostatecznie zorganizowane przez sekcje i federację, żeby produkować regularnie naprawdę silnych technicznie wspinacze. Nie było ich wielu, ale każdy z nich był w stanie wykonać trudną robotę w trudnych warunkach. Preselekcja działała.
I czwarty element, który rzadko jest wymieniany wprost: prestiż. Polska w tamtych dekadach miała potrzebę demonstrowania kompetencji na arenie międzynarodowej w obszarach, w których to było możliwe. Alpinizm — obok pewnych dyscyplin sportowych i naukowych — był jednym z niewielu pól, gdzie można było realnie konkurować z Zachodem, a nawet go prześcigać. I polskie środowisko z tej przestrzeni skorzystało w sposób, który trudno kwestionować: wyniki były realne i historycznie ważne.
Co tamten model stracił albo czego nigdy nie miał
Ale byłoby nieuczciwe gloryfikowanie tamtego modelu bez wskazania, co w nim nie działało albo co miało strukturalne wady.
Pierwsza wada: decyzje personalne były splecione z polityką. Nie zawsze w sposób oczywisty i nie zawsze w złej wierze — ale lista kto jedzie, a kto nie, powstawała w kontekście, który nie był w pełni alpinistyczny. Słyszałem o tym od ludzi, którzy tamtą epokę przeżyli od środka — i opowiadali o niej z mieszaniną dumy i gorzkiej wiedzy o tym, że nie było to tak czyste, jak historyczne narracje sugerują.
Drugie: model był kruchy. Działał, dopóki działał system. Kiedy system się zmienił, finansowanie znikło niemal z dnia na dzień, a ze wspinaczami nie zrobiło się nic — nie było planu na czas po. Środowisko musiało przez kilka lat praktycznie zbudować nowy model od zera.
Trzecie: wyprawy były duże. Bardzo duże jak na dzisiejsze standardy. Kilkanaście osób, tony wyposażenia, rozbudowane obozy. To był styl ekspedycyjny w jego najcięższej formie — i choć dawał bezpieczeństwo i możliwość wielokrotnych prób, to był też stylem, który dziś — z perspektywy alpejskiej etyki i lekkich wypraw — patrzymy z pewnym dystansem. Nie oceniamy go złą miarą, bo tamte góry wymagały tamtych środków — ale nie powinniśmy nostalgii za tamtym stylem mylić z nostalgią za tamtymi wynikami.
Dzisiejszy model: co zyskał, co stracił
Dzisiejszy polski alpinizm wysokogórski opiera się na modelu, który ma trzy nogi: crowdfunding od społeczności i fanów, sponsorzy indywidualni i korporacyjni, i w znacznie mniejszym stopniu — granty sportowe z instytucji publicznych. Do tego dochodzi własna praca wspinacza jako przewodnika, instruktora, prelegenta — która finansuje albo czas na treningi, albo część kosztów wyprawy.
To jest model bardziej zindywidualizowany i po części bardziej uczciwy — bo wspinacz buduje własną markę, wokół której skupia wsparcie. Jeśli ma projekt, który ludzi ekscytuje, dostaje środki. Jeśli nie — musi szukać inaczej albo rezygnować. Jest w tym jakaś logika rynkowa, która nagradzała komunikację i medialność obok wspinaczkowych umiejętności.
Ale ma też swoje wady. Jedną z nich jest to, że wspinacz spędza czas na kampaniach i spotkaniach z potencjalnymi sponsorami zamiast na ścianie. Drugą — że wyprawy zimowe, które z natury są niepewne, długie i trudne do „opakowania medialnego” w sposób niosący wyraźne przesłanie marketingowe — są dla sponsorów mniej atrakcyjne. Zimową wyprawę trudniej sprzedać niż szybkie, latem, z kamerą go-pro.
Czy wyprawa narodowa na K2 zimą była wyjątkiem czy zapowiedzią?
Narodowa Wyprawa na K2 Zimą była pod tym względem interesującym eksperymentem. Publiczne środki, wyraźnie zdefiniowany cel, prestiż, który dawał polityczny sens finansowaniu. I wynik — pierwsze zimowe wejście na ostatni z ośmiotysięczników, którego zimą nie zdobyto — był historyczny w pełnym sensie tego słowa.
Ale rozmawiałem z kilkoma ludźmi, którzy śledzili tę wyprawę od środka, i ich relacje są bardziej złożone niż triumfalna narracja medialna. Finansowanie narodowe niosło ze sobą swoją politykę: kto jest w składzie, kto jest liderem, jak wygląda komunikacja, co dzieje się z sukcesem w sensie wizerunkowym. To nie jest zarzut — to jest opis rzeczywistości. Pieniądze zawsze niosą swoje oczekiwania.
Pytanie, czy ten model — narodowa wyprawa finansowana publicznie z jasno określonym celem — powinien wracać regularnie, jest dla mnie otwarte. Nie dlatego, że nie wiem, co myślę, ale dlatego, że widzę argumenty po obu stronach i nie chcę udawać, że jedna z nich jest wyraźnie słabsza.
Czego naprawdę potrzebuje polskie środowisko alpinistyczne
Jeśli miałbym wskazać jedno miejsce, w którym systemowe wsparcie publiczne miałoby największy sens, to nie wymieniłbym wybranych wypraw na konkretne szczyty — ale szkolenie i infrastrukturę.
Polskie środowisko wspinaczkowe ma problem z ciągłością pokoleniową. Nie w tym sensie, że nie ma młodych wspinacze — bo są i są bardzo dobrzy — ale w tym, że nie ma wystarczająco drożnych ścieżek od wspinaczkowych kursów do wypraw wysokogórskich. Luka między człowiekiem, który dobrze wspina się w Tatrach, a człowiekiem gotowym na poważny sześciotysięcznik jest wciąż wypełniana przez przypadkowe sieci kontaktów i drogi na wpół formalne.
Gdyby te środki trafiały na systematyczne szkolenie instruktorów, na stypendia pozwalające młodym wspinaczom brać udział w wyprawach aklimatyzacyjnych bez konieczności kredytowania ich własną pracą zawodową — to byłoby coś, co działa w sposób trwały i nie zależy od tego, czy w danym roku jest szczyt odpowiedni do zdobycia ze sztandarem.
Wielkie wyprawy będą — bo zawsze znajdą się ludzie z wizją i determinacją, żeby je zorganizować, niezależnie od tego, czy państwo im pomoże czy nie. Historia pokazuje to wyraźnie. Pytanie nie brzmi „czy będą wielkie wyprawy” — ale „kto w tych wyprawach będzie i czy będziemy mieli środowisko wystarczająco głębokie, żeby te wielkie wyprawy nie były jednorazowymi przypadkami, ale regularnym efektem budowanego przez lata systemu”.
Nie wiem, czy na to pytanie jest dziś dobra odpowiedź. Ale uważam, że trzeba je zadawać — i to głośniej, niż się to dzieje w publicznej debacie o polskim sporcie.
Co napędza środowisko bez parasola instytucji
Rozmawiam czasem z młodszymi wspinaczami, którzy pytają mnie, jak to jest — zbudować wyprawę od zera, bez etatu w federacji i bez stałego grantu. I zawsze mówię to samo: trudniej, ale inaczej. Model indywidualny zmusza do rzeczy, których model instytucjonalny nie wymaga — do precyzyjnego określenia, czemu to robisz, do zakomunikowania tego na zewnątrz i do znalezienia grupy ludzi, którzy w to wierzą wystarczająco, żeby dać pieniądze.
To jest wymagające. Ale ma też efekt uboczny, który jest paradoksalnie pozytywny: dziś polscy wspinacze są lepiej komunikowani niż kiedykolwiek. Social media, blogi, relacje na żywo z wypraw — to wszystko sprawia, że alpinizm wysokogórski dotarł do publiczności, która wcześniej nie wiedziała, że istnieje. I ta publiczność to nie tylko sponsorzy — to kolejne pokolenia potencjalnych wspinaczy, którzy widzą, że ten świat jest realny i dostępny.
Tamte wielkie wyprawy lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych były znane wąskiemu środowisku i szerokiej publiczności przez dwie różne drogi — środowisko wiedziało o detalach, publiczność wiedziała o sukcesach. Dziś te dwie drogi się łączą. Można obserwować decyzje w czasie rzeczywistym, czytać o wątpliwościach lidera wyprawy, śledzić awarie sprzętowe i rezygnacje jako wydarzenie, nie jako retrospekcję.
Nie wiem, czy to jest lepiej. Sądzę, że jest po prostu inaczej — i że ta inność ma swoje zalety i wady, tak jak tamten model miał swoje. Nostalgii za czasami państwowych wypraw nie czuję — bo nigdy w nich nie byłem i bo romantyzowanie zamkniętego systemu jest najwygodniejszą formą historii. Ale doceniam to, co tamto środowisko zbudowało — bo to jest fundament, na którym stoimy.
Kiedy patrzę na wyprawy, które organizuje się dziś w Polsce — mniejsze, szybsze, z mniejszymi budżetami i większą precyzją celu — widzę środowisko, które nauczyło się funkcjonować bez systemu. To nie jest łatwe. Ale jest w tym coś, co stary model mógłby nazwać siłą charakteru — gdyby miał odwagę to przyznać.
Czy istnieje model, który łączy obie epoki
Wyobraziłem sobie kiedyś, rozmawiając z jednym ze starszych wspinaczy, których znam, jak wyglądałby hybrydowy model — nie zwrot do PZA z lat siedemdziesiątych, ale coś pośredniego. Instytucja, która nie organizuje wypraw, ale finansuje szkolenie i aklimatyzację. Coś, co nie decyduje, kto jedzie na K2, ale sprawia, że dziesięcioro ludzi każdego roku może pójść na sześciotysięcznik bez kredytu na prywatnym koncie.
Ten model działa w kilku krajach. Nie w Polsce — choć były próby i były programy, które przez kilka lat coś robiły, zanim zmieniły się priorytety lub budżety. Problem nie jest w braku chęci instytucji — problem jest w tym, że alpinizm wysokogórski jest zbyt niszowy, żeby stale utrzymać uwagę polityczną. Przychodzi ona przy wielkich sukcesach i znika, kiedy nie ma dramatu ani triumfu do opakowania.
Środowisko alpinistyczne, które znam, jest świadome tej cykliczności i nie liczy na stałe wsparcie. Szuka zamiast tego stałych partnerów — firm, fundacji, ludzi, którzy rozumieją, że inwestycja w wspinaczkę to inwestycja rozłożona na lata, a nie projekt z wynikiem po sezonie. Są tacy partnerzy. Jest ich za mało — ale są. I to jest, myślę, lepszy fundament niż nadzieja na powrót modelu, który znikł razem z systemem, który go stworzył.