Tlen w wysokich górach — granica, której nie chcę przekraczać
Pytanie o tlen w wysokich górach to jedno z tych, które potrafi rozpalić przy obozowym stole długą, niekoniecznie przyjazną rozmowę. Słyszałem je dziesiątki razy — w bazach pod ośmiotysięcznikami, przy herbacie w namiocie, w podejściowym rytmie marszu, gdy człowiek zaczyna myśleć wolniej i mówić szczerzej. Moja odpowiedź od lat jest ta sama, choć coraz rzadziej ją wypowiadam głośno: nie używam, nie zamierzam, i nie oceniam tego, kto robi inaczej.
Ale żeby ta deklaracja nie brzmiała jak gotowa teza — chcę ją rozłożyć na części. Bo za nią stoi kilkanaście lat obserwacji własnego ciała na dużych wysokościach, rozmowy z ludźmi, którzy decyzję podjęli odwrotną, i powolne dojrzewanie do przekonania, które nie ma w sobie nic z moralizowania.
Co się dzieje z ciałem powyżej siedmiu tysięcy
Zanim powiem o decyzji, muszę powiedzieć o fizjologii — bo bez niej ta decyzja nie ma sensu. Na siedmiu tysiącach metrów ciśnienie parcjalne tlenu wynosi mniej więcej jedną trzecią tego, co na poziomie morza. Organizm przez tygodnie aklimatyzacji robi wszystko, żeby jakoś sobie z tym poradzić: produkuje więcej erytrocytów, zwiększa pojemność dyfuzyjną płuc, optymalizuje sposób, w jaki hemoglobina wiąże i oddaje tlen. To jest długi, niekomfortowy, ale zdumiewający proces — i on ma swoje limity.
Powyżej ośmiu tysięcy metrów — w tak zwanej strefie śmierci — aklimatyzacja przestaje nadążać za ubytkiem tlenu. Ciało degraduje się szybciej, niż zdąża się naprawiać. Każda noc na tej wysokości zostawia swój ślad. Mięśnie tracą masę, myślenie zwalnia, reakcje się tępią. Widziałem to na sobie i na innych — i nie ma co do tego złudzeń: na ośmiu tysiącach jesteś zawsze w trakcie umierania, tylko powoli wystarczająco, żeby zdążyć zejść.
Tlen z butli zmienia ten rachunek w sposób radykalny. Maska z przepływem dwóch litrów na minutę obniża fizjologiczny ekwiwalent wysokości o jakieś tysiąc pięćset metrów w dół. Człowiek oddycha jak na sześciu i pół tysiącach, myśli wyraźniej, idzie szybciej, mniej się plącze. To nie jest drobiazg — to fundamentalna zmiana stanu ciała w środowisku, w którym to ciało nie powinno funkcjonować.
Dlaczego mimo to nie używam
Moja decyzja nie wynika z pogardy dla technologii ani z mitologizowania czystego stylu. Wynika z bardzo konkretnego rozumienia tego, czego szukam w górach wysokich.
Rozmawiałem kilka lat temu z Andrzejem — wspinaczem, który zrobił dwa szczyty powyżej ośmiu tysięcy z tlenem i jedną próbę bez. Mówił, że z tlenem ma poczucie przezroczystości — jakby ktoś zdjął mu szybkę między nim a górą. Rozumiałem, co ma na myśli, ale dla mnie jest odwrotnie. Chcę czuć tę szybkę. Chcę czuć, że ciało wykonuje maksimum możliwego. Chcę, żeby granica była prawdziwa.
To brzmi może jak metafizyka, ale ma konkretne przełożenie. Kiedy dochodzę na szczyt bez tlenu, wiem dokładnie, co zrobiło moje ciało. Kiedy schodzę i przez dwa dni nie mogę normalnie myśleć, a twarz mam opuchniętą i każdy krok wymaga decyzji — to są moje informacje o tym, na co mnie stać. I ta informacja jest dla mnie cenna, bo daje mi dane na następną wyprawę.
Znam też swoje granice. Nie ścigam się z kolekcją ośmiotysięczników. Nie muszę stać na czternastu szczytach, żeby cokolwiek udowodnić. Wybieram góry, które chcę rozumieć — i to rozumienie przychodzi przez zmęczenie, przez zatrzymanie się o trzy i pół rano, przez świadome doświadczanie tej konkretnej, fizycznej niemożności.
Argument praktyczny, który rzadko pada
Jest też strona czysto praktyczna, o której rzadko się mówi w kontekście etycznym, bo rozmowa o tlenie zwykle ląduje szybko w filozofii. A tymczasem butla z tlenem waży od trzech do pięciu kilogramów. Na wysokiej górze każdy kilogram ma cenę mierzoną w energii, w równowadze, w decyzjach logistycznych. Dodaj do tego reduktor, maskę, konieczność wymiany butli powyżej obozu czwartego — i nagle okazuje się, że logistyka związana z tlenem to oddzielny projekt.
Widziałem wyprawy, które na tym poległy — nie na wysokości, ale na organizacji. Butla z wadliwym zaworem o drugiej w nocy na obozie trzecim to nie jest problem filozoficzny, to jest problem bezpieczeństwa. Jeśli ktoś planuje używać tlenu, musi to zaplanować perfekcyjnie — i to jest dodatkowy wymiar ryzyka, który chętnie eliminuję z równania.
Pamiętam rozmowę z Tomkiem — tym, który dwa lata wcześniej zawrócił poniżej przełęczy po awarii regulatora. Opisywał panikę, kiedy w połowie nocy przepływ spadł do zera i nagle stało się jasne, że te ostatnie godziny z tlenem kosztowały go możliwość zejścia bez niego. Miał szczęście, że partner był przy nim. Nie zawsze tak jest.
Granica komercjalizacji, którą widzę coraz wyraźniej
Jest też kontekst szerszy — i tu chcę być ostrożny, bo nie zamierzam wchodzić w moralizowanie o „prawdziwych alpinistach”. Ale coś się zmieniło w tym, jak tlen funkcjonuje w ekosystemie komercyjnych wypraw, i to zmiana, którą obserwuję z niepokojem.
Przez wiele lat tlen był narzędziem ratunkowym albo wyborem dla tych, którzy na bardzo dużych wysokościach chcieli minimalnie poprawić bezpieczeństwo na technicznym terenie. Dziś w wielu komercyjnych wyprawach jest to element standardowy — nie opcja, ale założenie. Klient płaci za pakiet, pakiet zawiera tlen, tlen jest gwarancją, że dotrze na szczyt.
To przesuwa granicę. Nie granicę ludzkich możliwości — bo ona nie zniknęła — ale granicę tego, kto na tę górę jedzie i po co. Kiedy Everest ma w sezonie kilkuset klientów z butlami, a kolejka powyżej South Col rozciąga się na godziny — to już nie jest alpinizm w żadnym sensie, w jakim ja to słowo rozumiem. To jest coś innego. Być może coś wartościowego dla tych ludzi, nie kwestionuję ich przeżyć — ale coś, w czym tlen stał się nie narzędziem, tylko przepustką.
I na tym polega moja granica. Nie w samym tlenie jako molekule — ale w tym, co jego systemowe stosowanie robi z naszym rozumieniem tego, czym są wysokie góry.
Kiedy zmieniam zdanie
Powiem szczerze: są scenariusze, w których bym sięgnął po tlen bez wahania. Ratowanie siebie albo kogoś innego — bez dyskusji. Obrzęk płucny, obrzęk mózgu — tlen jest pierwszą linią, zanim zdążysz zejść. Na taką ewentualność zawsze mam dostęp do butli ratunkowej w obozie.
Ale między tlenem ratunkowym a tlenem jako standardem drogi wspinaczkowej jest przepaść. I w tej przepaści mieści się moja decyzja — nie jako wyrok na innych, tylko jako własna umowa z górą.
Kilka lat temu, wysoko na jednym z himalajskich grzbietów, zatrzymałem się na chwilę i patrzyłem na dolinę cztery kilometry w pionie pode mną. Powietrze było tak rzadkie, że każdy oddech wymagał świadomej decyzji. Byłem zmęczony w sposób, którego nie potrafię inaczej opisać niż jako pełny — kiedy ciało zużyło absolutnie wszystko, co miało. I w tym byłem sam, bez żadnej butli, bez żadnego wspomagania.
Tego nie chcę oddawać. To nie jest romantyzm — to jest powód, dla którego w ogóle tam wychodzę.
Co mówię, kiedy pytają mnie o to inni wspinacze
Zdarzają mi się rozmowy, w których ktoś pyta mnie wprost: „Używasz tlenu?” — i jest to pytanie, które w alpinistycznym środowisku bywa zabarwione oczekiwaniem konkretnej odpowiedzi w zależności od tego, kto pyta. Starsi wspinacze często kiwnęliby głową z aprobatą na „nie”. Młodsi, zorientowani na komercyjne projekty, patrzą czasem pytająco, jakby szukali w tej odpowiedzi trochę ostentacyjnej pozy.
Staram się wyjaśniać tak, jak wyjaśniłem tutaj — bez moralizowania w jedną czy drugą stronę. Bo naprawdę nie uważam, że moja decyzja jest jedyną słuszną. Widziałem doświadczonych alpinistów, którzy świadomie używają tlenu na pewnych górach i nie używają na innych — i ta decyzja jest równie przemyślana jak moja. Różni się tylko odpowiedź na pytanie, czego szukają.
Jedyna rzecz, która mnie niepokoi, to gdy decyzja o tlenie jest nie wyborem, lecz standardem, który zdejmuje z człowieka konieczność podjęcia jakiejkolwiek decyzji. Kiedy wyprawa jest tak zaprojektowana, że tlen jest w niej jak bagaż — zakładany automatycznie, bez pytania o potrzebę — wtedy mamy do czynienia z czymś, co nie jest już alpinizmem w żadnym sensie, który obejmuje pojęcie decyzji wspinacza.
Marcin — jeden z ludzi, z którymi rozmawiałem wielokrotnie o tej kwestii — powiedział kiedyś zdanie, które zapamiętałem: „Tlen nie jest problemem. Problemem jest to, że przestajemy pytać, po co tam idziemy.” Sądzę, że w tym zdaniu jest więcej treści niż w całej etycznej debacie o czystym stylu. Pytanie „po co?” powinno poprzedzać każdy wybór dotyczący środków. I dopiero kiedy odpowiedź na to pytanie jest jasna, wybór narzędzi nabiera sensu.
Moja odpowiedź na „po co?” jest taka, że idę czuć granicę — własnego ciała, własnych możliwości, własnego rozumienia góry. Tlen tę granicę cofa. Dlatego jej nie używam. To wszystko i tylko tyle.
O tym, czego wysokość uczy przez zmęczenie
Jest coś, co się rozumie dopiero po kilku wyprawach bez tlenu, a czego wcześniej nie jest w stanie pojąć się przez samo czytanie relacji: to jest to, w jaki sposób wysokość zmienia sposób myślenia o samym sobie. Nie mówię o halucynacjach ani o dramatycznych zaburzeniach świadomości, które zdarzają się przy obrzęku mózgowym — mówię o spokojnym, powolnym odkryciu, że twoje ciało i twój umysł mają różne opinie na temat tego, co jest możliwe.
Na siedmiu tysiącach metrów zdarzyło mi się kilka razy stać w miejscu przez dłuższą chwilę i nie móc zrozumieć, czemu prawa noga jest przed lewą zamiast odwrotnie. Nie była to awaria neuromotoryczna w klinicznym sensie — po prostu przetwarzanie decyzji motorycznych zwolniło do tempa, które było zauważalne. I to „zauważalne” jest właśnie tym, czego szukam: momentem, w którym ciało mówi mi prawdę o granicy, do której dotarłem.
Z tlenem tego momentu nie ma. Masz go zastąpionego przybliżoną normalnością, która pozwala iść dalej — ale nie mówi ci, gdzie jesteś naprawdę. I to jest dla mnie utrata, której nie chcę ponosić dobrowolnie. Tlen w górach to dla mnie jak narząd zmysłu wyłączony w momencie, kiedy zmysł chciałby powiedzieć ci coś ważnego.