Pierwszy biwak na sześciu tysiącach – co mówią relacje i instrukcje sprzętu
Pół godziny po zachodzie słońca temperatura na wysokości sześciu tysięcy metrów spada do minus dwudziestu, a wiatr przyśpiesza do czterdziestu kilometrów na godzinę. Namiot, który na trzy tysiącach był szczelny, tu zaczyna puszczać kurz śnieżny przez zamki, a pod podłogą zbiera się szron z oddechu. To nie jest poziom biwaku na szlaku w Tatrach, tylko całkowicie inna skala logistyki. Z relacji uczestników wypraw na Aconcaguę i Denali wynika, że pierwszy nocleg powyżej pięciu i pół tysiąca metrów to moment, w którym sprzęt albo działa, albo zaczyna być problemem. Poniżej zestawiam to, co mówią raporty i instrukcje użytkowania na temat namiotu, śpiwora, kuchenki i snu na tej wysokości.
Namiot na sześciu tysiącach
Namiot trójsezonowy z marketu wytrzyma noc na polanie w Bieszczadach, ale na wysokości sześciu tysięcy metrów zawodzi w kilku miejscach naraz. Pierwsze to stelaż. Aluminiowe rurki o średnicy poniżej ośmiu milimetrów wyginają się pod podmuchami, które w bazie na Denali notują nawet w lipcu minus trzydzieści stopni i wiatr przekraczający sześćdziesiąt kilometrów na godzinę. Drugie to materiał: tkaniny o niskiej gramaturze nie zatrzymują drobnego pyłu śnieżnego, który w nocy prószy na śpiwór. Trzecie i najmniej oczywiste to kondensacja. Na wysokości 5800 metrów, gdzie wilgotność oddechu jest wyższa niż na poziomie morza, a temperatura spada poniżej minus trzydziestu, wewnętrzna strona tropiku zamarza w ciągu godziny. W relacjach z obozów na Aconcagui, takich jak Nido de Cóndores na 5570 metrów czy Cólera na 6000 metrów, uczestnicy podkreślają, że namiot musi mieć podwójną ściankę i wentylację, którą da się regulować bez wychodzenia na zewnątrz.
Śpiwór: komfort a przeżycie
Norma EN 13537, od 2016 roku zastąpiona przez ISO 23537, podaje trzy wartości temperaturowe, które producenci umieszczają na metkach. Comfort oznacza, że standardowa kobieta śpi bez odczuwania zimna. Limit to temperatura, przy której standardowy mężczyzna w pozycji skulonej jest jeszcze w równowadze cieplnej i „nie czuje zimna” – to nie jest granica przeżycia, choć wielu użytkowników tak ją interpretuje. Extreme to wyłącznie przeżycie, bez żadnego komfortu i bez gwarancji bezpieczeństwa. Na wysokości sześciu tysięcy metrów, gdzie stacja na Denali regularnie notuje minus trzydzieści stopni, a przy szczycie Aconcagui zanotowano minus dwadzieścia dwa stopnie w 2019 roku, śpiwór z limitem minus piętnastu stopni nie wystarczy – potrzebna jest wartość Comfort co najmniej minus dwadzieścia pięć. Kinga Baranowska w rozmowie z Januszem Majerem dla wspinanie.pl mówiła o tym w kontekście ogólnej utraty masy na wysokości: „Jeśli wyszłabym bezsensownie kilka razy do góry, to mam wrażenie, że nie ważyłabym tych 52 kilogramów, tylko za chwilę ważyłabym 42, 35”. Każdy kilogram mniej oznacza mniejszą izolację własnego ciała, więc śpiwór musi być o klasę cieplejszy niż na poziomie morza.
Kuchenka, gaz i topienie śniegu
Na wysokości sześciu tysięcy metrów woda wrze w około 80 stopni Celsjusza – według wytycznych UIAA to 79,9 stopnia, według innych źródeł 79,1. Do dezynfekcji wystarczy temperatura powyżej 70 stopni utrzymana przez minutę, co w praktyce oznacza gotowanie z bąblami przez co najmniej jedną minutę. Problemem nie jest wrzenie, tylko paliwo. Butan w czystej postaci wrze w minus jednym stopniu, co na wysokości, gdzie temperatura w nocy spada do minus trzydziestu, czyni go bezużytecznym. Izobutan wrze w minus 11,78 stopnia, a propan w minus 42,2 stopnia – to właśnie propanowo-izobutanowe mieszanki są standardem w kartuszach wyprawowych. Ilość wody, jaką trzeba wytopić ze śniegu, jest wyższa niż na poziomie morza: zmierzone straty wody na wysokości 5000-7000 metrów wynoszą 3,7 litra na dobę, na 7000-8848 metrów 3,3 litra, przy 2,5 litra na poziomie morza. UIAA ostrzega, że już 2-5 procent utraty masy ciała przez płyny upośledza sprawność, więc topienie śniegu nie jest opcją, tylko koniecznością.
Sen i oddech
Niemal każdy, kto nocuje na wysokości pięciu tysięcy metrów i wyżej, doświadcza oddechu okresowego, zwanego też Cheyne’a-Stokesa. Wzorzec oddechu – kilka głębokich wdechów, potem pauza, potem znowu – jest fizjologiczną odpowiedzią na hipoksję i nie świadczy o chorobie. Utrudnia jednak sen i zwiększa uczucie zmęczenia następnego dnia. Problem pogłębia się na wysokości sześciu tysięcy metrów, gdzie utrata masy ciała przyspiesza – z badań wynika, że w symulowanym czterdziestodniowym treku na Everest badani stracili średnio 7,4 kilograma. Górska anoreksja, czyli spadek apetytu, od około 5000 metrów powoduje, że spożycie kalorii spada nawet o jedną trzecią. Mniej jedzenia i gorszy sen to spirala, która prowadzi do osłabienia. Osobną kwestią jest interwencja medyczna: według Merck Manual 125 mg acetazolamidu przed snem redukuje oddech okresowy i poprawia jakość snu.
Lista do sprawdzenia przed wyjściem
Z relacji uczestników wypraw i danych sprzętowych wyłania się kilka reguł. Namiot musi mieć podwójną ściankę, stelaż z aluminium o średnicy minimum dziewięciu milimetrów i wentylację regulowaną bez wychodzenia. Śpiwór powinien mieć komfort na poziomie co najmniej minus dwadzieścia pięć stopni – limit to za mało. Kartusze gazowe tylko z propanowo-izobutanową mieszanką, a nie butanem. Na każdej wysokości powyżej pięciu tysięcy metrów trzeba wytapiać co najmniej 3,5 litra wody dziennie. Sen będzie przerywany przez oddech okresowy, który na tej wysokości jest normą, a nie objawem choroby. Pierwszy biwak na sześciu tysiącach to nie jest test wytrzymałości, tylko test przygotowania logistycznego.
Czytaj też: Aklimatyzacja w Andach a w Himalajach i Aklimatyzacja pod K2.