Noc pod ścianą Eigeru — co się dzieje w głowie przed samotną próbą północnej
Są góry, które się zdobywa, i góry, które się rozumie. Eigerska północna należy do tej drugiej kategorii. Nie dlatego, że jest trudna technicznie — bo w skali wspinaczkowej są trudniejsze. Ale dlatego, że ma charakter. Ten charakter kształtował się przez osiemdziesiąt lat wypadków, ratunków, zaginięć i powrotów. Każdy, kto staje u jej podstawy, dziedziczy tę historię.
Rozmawiałem z trzema polskimi wspinaczami, którzy w ciągu ostatnich pięciu lat zmierzyli się z nią solo, klasyczną drogą Heckmaira. Jeden wrócił z dołu, po dwóch wyciągach. Drugi doszedł do Drugiej Pól Lodowych i zawrócił. Trzeci skończył drogę w czternaście godzin — i powiedział mi o tym tylko dlatego, że sam o to zapytałem.
Co się dzieje w głowie tydzień przed wyjściem
— W moim przypadku obsesja zaczęła się trzy lata wcześniej — opowiadał mi Tomek, ten, który doszedł do Drugiej Pól i zawrócił. — Przeczytałem wszystko. Buhla, Heckmaira oczywiście, potem Cassina, potem blogi, raporty ratunkowe. W pewnym momencie wiedziałem, które głazy spadają najczęściej, jakie są okienka pogodowe i ile zajmuje zwykłemu solowemu wspinaczowi ominięcie Biwaku Śmierci.
Ta wiedza nie chroni. Ona raczej buduje fałszywe poczucie, że jesteś gotowy. A Eiger karze za pewność.
Decyzja, która zapada w nocy przed
Wszyscy trzej opisali to samo zjawisko: nie podejmuje się decyzji o wejściu. Decyzja wchodzenia zapada sama, w oparciu o dwadzieścia rzeczy, które musiały się nałożyć: prognoza, temperatura w nocy, siła wiatru na grzbiecie, samopoczucie, ostatnie piętnaście minut w schronisku Kleine Scheidegg przy kawie przed wyjściem.
— W pewnym momencie przestajesz pytać, czy chcesz — mówi Robert, najstarszy z trójki. — Zaczynasz sprawdzać, czy coś jednoznacznie mówi, że nie. I jeśli nie ma takiej rzeczy, to wychodzisz. To nie jest odwaga. To jest brak wyraźnej przeciwwskazania.
Pierwsze dwie godziny
Pierwsze wyciągi na Eigerze są zaskakująco łatwe. Wapień pod palcami czuje się dobrze, w nogach jest świeżość po nocy w schronisku, głowa jeszcze nie wie, na co się zapisała. Ta łatwość jest pułapką.
— Najłatwiej zawrócić właśnie wtedy — mówi Marcin, który skończył drogę. — Jak czujesz się dobrze, myślisz że zawracanie to marnowanie okna pogodowego. A potem wchodzisz w Biwak Śmierci o dziewiątej rano i okno się zamyka przez krótki burzowy front, który pojawił się znikąd.
Dlaczego w ogóle
Pytam wszystkich trzech o to samo. Dlaczego samotnie, skoro w dwójkę jest bezpieczniej, łatwiej dzielić ciężar, łatwiej podjąć dobre decyzje. Trzy odpowiedzi, ta sama myśl:
— Bo z partnerem zawsze jest rozmowa. Jest przestrzeń negocjacji, argumentu, „jeszcze chwilkę”. Solo masz tylko siebie. I jeśli sobie powiesz, że zawracasz, to zawracasz. Nie ma kogoś, kto powie „no dobra, jeszcze jeden wyciąg”. To surowszy typ decyzji.
Tomek dodaje jeszcze jedno: — Na ścianie solo jesteś jedyną osobą, która może coś zrobić. To strasznie wyostrza uwagę. Przez pierwsze cztery godziny byłem uważniejszy niż kiedykolwiek w życiu. Potem zmęczenie zjada tę uważność i to jest moment, w którym trzeba zawrócić.
Kiedy się nie udaje
Andrzej, ten który zawrócił po dwóch wyciągach, mówi o tym otwarcie. — Nie wszedłem wyżej, bo po godzinie zrozumiałem, że idę w coś, czego nie chcę. Nie chodziło o to, że się bałem. Tylko że nie byłem wtedy gotowy. I to jest dobra decyzja, żeby zawrócić.
To chyba najważniejsza lekcja z rozmów. W alpinizmie solo sukcesem nie jest szczyt — sukcesem jest to, że nie podjąłeś decyzji, która cię zabiła. Szczyt to bonus.
Co po zejściu
Marcin, jedyny z trójki, który drogę skończył, opowiadał mi o zjeździe kolejką z Jungfraujoch z powrotem do Wengen. Godzinę po zejściu ze ściany. — Siedziałem przy oknie, patrzyłem na Eiger z tyłu i nie potrafiłem uwierzyć, że tam przed chwilą byłem. Wyglądał tak samo jak rano, kiedy wychodziłem — nie widać, że ktoś tamtędy wszedł. Góry nie zapamiętują.
Od tamtej pory przeszło pięć lat. Pytam, czy wróciłby. Myśli minutę. — Pewnie tak. Ale już nie na Eiger. On był potrzebny raz.