Mestia–Uszguli w Gruzji — alternatywa dla Alp
Kiedy ktoś pyta mnie o miejsca, które mają alpejski charakter, a nie mają alpejskich cen ani alpejskich tłumów, mówię: Swanetia. A potem muszę wytłumaczyć, gdzie to jest i że jedzie się tam teraz, zanim dotrze wielki marketing outdoor, który już zbliża się drogą od Kutaisi w postaci nowych hoteli z logami popularnych marek.
Trekking z Mestii do Uszguli — cztery dni drogi przez środek Górnej Swanetii — to jedna z tych tras, po których wracasz z pytaniem, czemu tak długo o niej nie wiedziałeś. Ale też z kilkoma irytacjami, bo nie jest to trasa bez wad — i to uczciwe, żeby o nich mówić.
Jak tam dotrzeć i ile to kosztuje
Przelot do Kutaisi z Polski trwa trzy godziny i kosztuje ułamek tego, co bilet do Genewy czy Monachium. Z Kutaisi do Mestii jedzie się marszrutką — busem z wyraźnie własnym rozumieniem pasów bezpieczeństwa i godzin odjazdu — przez pięć do sześciu godzin drogą, która przez ostatnie lata bardzo się poprawiła, ale nadal potrafi zaskoczyć serią serpentyn nad przepaścią. Jest też opcja lotnicza — mała Cessna z Tbilisi do Mestii, kilkanaście miejsc, widoki które same w sobie są warte ceny biletu, ale terminy zmieniają się jak pogoda nad Kaukazem.
Mestia to małe miasto z charakterem prowincjonalnego centrum górskiego — jest kilka restauracji, sklep z lokalnym winem i przekąskami, punkt informacji turystycznej i coraz więcej guesthouse’ów. Ceny dla europejskiego turysty są zdumiewające w dół — nocleg ze śniadaniem, a często i kolacją, w porównywalnej jakości warunkach kosztuje jedną czwartą tego, co w Austrii.
Sama trasa Mestia—Uszguli nie wymaga opłaty za wejście ani rezerwacji — to jest jeden z tych elementów, które odróżniają ją od Alp w sposób bardzo wyraźny. Możesz po prostu przyjść i iść.
Co przypomina Alpy i co je przewyższa
Skala jest porównywalna. Szczyty wokół trasy, łącznie z Uszba — którą fotografuje się z każdej możliwej perspektywy, bo jest fotogeniczna niemal obscenicznie — dobijają do czterech i pół tysiąca metrów. Lodowce schodzą nisko, widać je z wioski, z polany, z okna guesthousu. Jest ten alpejski rytm przyrody: łąki, lasy świerkowe, granica kosówki, lodowiec.
Ale jest coś, czego Alpy nie mają — a przynajmniej nie w takiej koncentracji i tak nietkniętej formie: wieże obronne. Każda sWańska wioska ma ich kilka, niektóre kilkanaście. Kamienne, smukłe, wychylające się ponad dachami jak palce wskazujące niebo. Budowano je przez wieki jako schrony przed najazdami i jako wyraz statusu rodziny — im więcej wież, tym silniejszy ród. Stojąc pośrodku Uszguli i patrząc na kilkadziesiąt wież odcinających się od śnieżnych grani w tle, czujesz się jak w miejscu, które nie należy do żadnego konkretnego wieku.
Do tego dochodzi kultura swańska — izolowana przez tysiąclecia w tych dolinach, zachowała odrębny język (sWański jest językiem, nie dialektem gruzińskiego), własną muzykę polifoniczną i zwyczaje, które przetrwały przez to, że przez wieki nikt specjalnie tu nie docierał. Gospodarze, u których nocujesz, są otwarci i gościnni w sposób, który w środkowoeuropejskim kontekście kojarzyłby się raczej z XIX wiekiem niż z XXI.
Co rozczarowuje — bo jest i to
Infrastruktura szlakowa jest tym, czego w Alpach oczekujesz jako standardu, a tu jej po prostu nie ma. Oznakowanie trasy bywa nieregularne — w kilku miejscach trzeba się zorientować samemu albo pytać. Mosty nad niektórymi potokami są w stanie, który pożyczył sobie przymiotnik „roboczy” i nie zamierza go oddawać. Drewniane deski bujają się w rytm, który przy normalnych warunkach jest jeszcze zabawny, ale przy plecaku dwudziestu ośmiu kilogramów jest już mniej komiczny.
Część odcinków trasy wiedzie przez tereny prywatne — i tu jest jedna z tych różnic z Alpami, gdzie szlaki są uregulowane prawnie na wiele dekad. W Swanetii zdarzają się spory o przejście, nowe ogrodzenia, bydło wpędzone wprost na ścieżkę. Nie jest to problem nie do ominięcia, ale wymaga elastyczności i gotowości do improwizowania.
Marketing robi trochę więcej, niż opisuje rzeczywistość. Kilka popularnych artykułów i blogów pisze o tym szlaku jak o „gruzińskim Zakopanem” albo „ukrytym alpejskim raju” — i rozumiem chęć, bo to brzmi dobrze, ale buduje oczekiwania, które potem zderzają się z lokalnymi realiami. Mestia jest piękna, ale nie jest Chamonix. To inne doświadczenie, nie gorsze — ale inne. Kto jedzie po śmigłowce ratunkowe i czterogwiazdkowe schrony z menu degustacyjnym, wróci zawiedziony.
Cztery dni — jak to wygląda w praktyce
Klasyczny wariant trasy to cztery etapy: Mestia — Zhabeshi (albo nocleg przy drodze do Bogreshi), potem Adishi, Khalde, Uszguli. Każdy etap zajmuje od czterech do siedmiu godzin marszu, w zależności od tempa i warunków. Między Adishi a Khalde jest przeprawa przez rzekę — w maju i czerwcu, przy wysokim poziomie wód roztopowych, to jest jeden z tych odcinków, gdzie decyzja o podejściu wymaga oceny warunków na miejscu.
Na każdym etapie można nocować w guesthouse’ach — zwykle w prywatnych domach, gdzie gospodyni gotuje gruzińskie jedzenie: chaczapuri, chinkali, fasola z orzechami, mięso w sosie śliwkowym. Na jednej z noclegów gospodyni przyniosła nam czaczę, domową wódkę z winogron, i wyraźnie oczekiwała, że wypijemy przynajmniej po kieliszku. Odmówić jest w tamtej kulturze nieuprzejmie. To też jest część doświadczenia.
W Uszguli — najwyżej położonej zamieszkałej wiosce Europy, jak podają wszystkie źródła — powracasz do cywilizacji w wersji niezbyt intensywnej. Sklep, kilka guesthouse’ów, możliwość zamówienia jeepów z powrotem do Mestii drogą, która oficjalnie nie istnieje na mapie, ale w praktyce używana jest przez miejscowych od dawna.
Dlaczego wróciłem
Byłem w Swanetii dwa razy. Drugi raz pojechałem z Andrzejem, który jest starszy ode mnie o ładnych kilkanaście lat i który przy pierwszym opisie tej trasy powiedział, że „brzmi jak rekonstrukcja historyczna”. Wrócił z przekonaniem, że to jedno z kilku miejsc w Europie, w których góry i kultura jeszcze nie zostały od siebie oddzielone przez przemysł turystyczny.
Mam podobne odczucie. Swanetia jest nieidentyczna z Alpami — nie jest ich lepszą wersją ani gorszą. Jest czymś, co Alpy miały może sto lat temu i co Alpy już nie odzyskają: nieobecnością pewności siebie systemu. Ścieżki nie gwarantują, że gdzieś dojdziesz. Most nie gwarantuje, że go przejdziesz. Nocleg zależy od tego, czy gospodyni zdecyduje, że masz miłą twarz.
To jest alternatywa dla Alp nie dlatego, że zastępuje je technicznie — ale dlatego, że oferuje coś, czego Alpy już nie mają. A jest to coś, czego przynajmniej ja w górach bardzo potrzebuję.
O czym nie piszą blogi i co znajdziesz sam
Jest kilka rzeczy, które odkryłem na trasie Mestia—Uszguli dopiero na miejscu, bo żaden z popularnych opisów mi ich nie wspomniał. Pierwsza to kwestia pogodowa: Swanetia jest górami śniegowymi przez znaczną część roku i nawet w lipcu granie bywają białe. W czerwcu, kiedy byłem drugi raz, napotkaliśmy jeden dzień z intensywnym deszczem, który zamienił ścieżkę między Adishi a Khalde w ciąg śliskich głazów nad rwącym potokiem. To nie był problem nie do przejścia, ale wymagał innego tempa i innej buty, niż miał Andrzej.
Druga rzecz to psy. W swańskich wioskach są psy stróżujące, i są one prawdziwe w tym sensie, że nie zostały wychowane w myśl filozofii „turysta to gość”. Trekker z plecakiem jest dla nich obiektem, który wymaga weryfikacji. Kilka razy wchodziłem w teren, w którym zdecydowanie zalecane jest wolne tempo, spokojny głos i unikanie kontaktu wzrokowego. Nie jest to powód do nieprzychodzenia — ale jest to coś, o czym powinien wiedzieć każdy, kto idzie z dziećmi albo z lękiem przed psami.
Trzecia rzecz — i to jest coś, co każdy opisuje inaczej — to kwestia tempa zmian. Swanetia zmienia się szybciej niż sugerują fotografie sprzed pięciu lat. Nowe obiekty noclegowe, nowe szyldy, kilka barów z opcją płatności kartą. To nie jest jeszcze Chamonix — ale kierunek jest oczywisty. Nie jest to powód do rozpaczy, ale powód, żeby nie odkładać tej trasy na „kiedyś”. „Kiedyś” w Swanetii ma konkretny termin, którego jeszcze nie znamy, ale zbliżamy się do niego.
Na koniec — Uszba. Szczyt, który widać przez większość trasy i który zupełnie zmienia skalę własnego miejsca w tym krajobrazie. Cztery tysiące siedemset metrów, kształt ostrego zęba o dwóch wierzchołkach, prawie pionowe ściany ze wszystkich stron. Pierwszego poranka w Mestii stałem z kawą i patrzyłem na nią przez dziesięć minut bez czynienia czegokolwiek innego. To jest ta góra, z której powodu jedzie się do Swanetii nawet jeśli nic więcej nie zamierzasz robić.
Praktyczne rady przed wyjazdem
Kilka rzeczy, które wiem po dwóch pobytach i których nie znałem przed pierwszym. Gotówka — część guesthouse’ów nie przyjmuje kart, a bankomat w Mestii bywa awaryjny. Ubezpieczenie z pokryciem ewakuacji helikopterem — bo infrastruktura medyczna w okolicach trasy jest znikoma, a helikopter to jedyna opcja przy poważnym urazie. Prowiant na wypadek — bo między Adishi a Uszguli nie ma sklepu, a guesthouse’y nie zawsze mają to, czego potrzebujesz akurat w danym momencie.
Język: po gruzińsku i po rosyjsku docierasz do większości potrzebnych rozmów. Po angielsku — w Mestii tak, na trasie często nie. Posiadanie przetłumaczonych kilku zdań o nocleg i jedzenie w gruzińskim piśmie jest gestem, który otwiera drzwi znacznie szerzej niż jakikolwiek tłumacz w telefonie.
I ostatnia rzecz — o nastawieniu. Trasa Mestia—Uszguli nie jest trudna technicznie. Ale jest trasą, która wymaga elastyczności, gotowości na zmianę planu i zrozumienia, że system tu nie działa tak jak w Alpach, gdzie każdy problem ma dedykowane rozwiązanie i numer telefonu. W Swanetii improwizacja jest częścią doświadczenia, a nie jego defektem. Kto to przyjmie jako zaletę, będzie miał bardzo dobrą trasę.