Komercjalizacja alpinizmu — co straciliśmy przez ostatnie dwadzieścia lat
Byłem na Evereście jako obserwator, nie jako wchodzący — w sensie dosłownym stałem w bazie i patrzyłem, jak kolumna wspinaczy idzie na drugą rotację. Naliczyłem ponad sto osób w jednej kolumnie. Nie namot do namiotu — jeden za drugim, jak procesja. I myślałem sobie: czy to jest ta góra, o której pisał Reinhold?
Przez dwadzieścia lat w górach widziałem wiele zmian. Niektóre na lepsze — i powiem o nich uczciwie. Inne sprawiają, że czasem zadaję sobie pytanie, czy alpinizm, który znałem na początku, jest jeszcze tym samym sportem, czy już czymś innym, co pożyczyło tylko nazwę.
Pieniądze i bilety wstępu
Pierwsze, co się zmienia i co widać gołym okiem, to koszty. Permit na Everest od strony nepalskiej kosztuje dziś ponad jedenaście tysięcy dolarów na osobę — dla porównania, jeszcze dwie dekady temu były to kwoty znacznie niższe. Pakistan podniósł opłaty na K2 i na Broad Peak. Tybet to osobna historia, gdzie geopolityka miesza się z finansami w sposób, który sprawia, że trudno przewidzieć cokolwiek z roku na rok.
Efekt jest prosty: na wysokie góry jadą dziś albo bardzo bogaci amatorzy z pieniędzmi na komercyjne wyprawy z obsługą i tlenem, albo sponsorowani zawodowcy. Ta środkowa warstwa — wspinacze poważni, doświadczeni, ale bez dużego sponsoringu i bez prywatnej fortuny — znika powoli z tych szczytów. Zostają albo ludzie, których stać na zapłacenie sześćdziesięciu, stu, stu pięćdziesięciu tysięcy dolarów za miejsce w komercyjnej wyprawie, albo najlepsi spośród najlepszych, którym firmy sprzętowe pokrywają koszty.
Rozmawiałem kiedyś z Przemkiem — weteranem kilku ośmiotysięczników, człowiekiem, który zbudował swoje góry od podstaw, sam planując każdą wyprawę, sam zbierając kasę przez lata — i zapytałem, kiedy ostatnio pojechał na ośmiotysięcznik. „Nie jadę od czterech lat” — powiedział. „Nie dlatego, że nie mogę wejść. Dlatego, że nie chcę stać w kolejce za ludźmi, których przeprowadza się po linie jak na wycieczkę.” To nie była gorycz — to była diagnoza.
Kolejki i etyka szlaku
Kolejki na ośmiotysięcznikach to zjawisko, które przebiło się do świadomości publicznej głównie przez zdjęcia z Everestu — kolumny ludzi przy Hillary Step, godziny oczekiwania w strefie śmierci. Ale problem nie ogranicza się do jednego szczytu ani jednej góry. Na popularnych ośmiotysięcznikach nepalskich i na niektórych pakistańskich w szczytowym sezonie tworzy się coś, co można nazwać zatorem górskim.
To ma realne konsekwencje. Ludzie stoją w kolejce na wysokości powyżej ośmiu tysięcy metrów, gdzie każda minuta bezruchu to utrata ciepła i tlen uchodzący z butli. Decyzja o zawróceniu staje się trudniejsza, bo za tobą stoi kolumna, która cię wyprzedzi, jeśli zejdziesz. Presja społeczna — w sensie dosłownym — zastępuje ocenę własnych możliwości.
Znam kilka historii — z drugiej i trzeciej ręki, bo przy takich rzeczach nikt nie pisze komunikatu prasowego — gdzie decyzje podejmowane w kolejce, zamiast w oparciu o pogodę i stan własnego ciała, kończyły się tragicznie. Nie twierdzę, że komercjalizacja jest jedyną przyczyną wypadków w górach wysokich. Ale jestem przekonany, że zmienia ona kulturę decydowania na szlaku w sposób, który nie działa na korzyść bezpieczeństwa.
Social media i zmiana motywacji
Jest coś, o czym trudno mi mówić bez ryzyka, że wypadnę na starego zrzędę, ale powiem mimo wszystko. Social media zmieniły pytanie, z którym ludzie jadą w góry. Kiedyś pytanie brzmiało: „Czy dam radę?”. Dziś coraz częściej brzmi: „Jak to będzie wyglądało?”.
To nie jest obserwacja oryginalna — mówi o niej wielu starszych alpinistów. Ale widzę ją na własne oczy i muszę powiedzieć, że jest prawdziwa. Widzę ludzi, którzy w bazie pod ośmiotysięcznikiem nagrywają materiały / treści przez trzy godziny dziennie. Widzę transmisje na żywo z obozu pierwszego. Widzę szczyty, które są w planie wpisu — nie wyprawy, tylko wpisu. I widzę też, jak to wpływa na decyzje: jeśli masz obiecane partnerstwo z marką sprzętową i musisz dostarczyć zdjęcia ze szczytu, twoja granica zawrócenia przesuwa się w złą stronę.
Nie mówię, że wszyscy, którzy dokumentują wyprawy w sieci, są lekkomyślni. To nie byłoby prawdziwe ani sprawiedliwe. Znam wspinaczek i wspinaczy, którzy prowadzą bardzo wartościowe relacje z gór i robią to z pełnym szacunkiem dla samych gór. Ale kultura eksponowania siebie w górach wysokich, połączona z komercyjną presją na sukces szczytowy, tworzy coś, co niepokoi mnie znacznie bardziej niż jakakolwiek liczba wspinaczy w kolejce.
Co zostało z dawnego etosu
Etos alpinizmu, jaki znałem na początku, miał kilka filarów. Samodzielność planowania — nie wycieczka, którą ktoś ci organizuje, ale twoja wyprawa, twoje decyzje, twoja odpowiedzialność. Asymetria ryzyka — świadomość, że góra ma ostatnie słowo i akceptacja tej asymetrii jako warunku wejścia do gry. I pewna kultura dyskrecji — rzeczy, które dzieją się na ścianie, zostają na ścianie. Nie dlatego, że masz się wstydzić porażki, ale dlatego, że góra jest miejscem, gdzie liczy się twoje doświadczenie, a nie twój zasięg.
Z tych trzech filarów najlepiej trzyma się, moim zdaniem, drugi — asymetria ryzyka. Ludzie wciąż giną w górach, wciąż dochodzi do tragedii, i nikt nie sprawił, że ośmiotysięczniki stały się bezpieczne. Tlen, liny stałe, Szerpowie prowadzący pod ramię — to wszystko zmienia prawdopodobieństwo sukcesu, ale nie eliminuje ryzyka. Góra wciąż ma ostatnie słowo. (dopuszczalne jako idiom)
Samodzielność planowania jest coraz rzadsza na dużych górach — bo wchodzisz do systemu, który ma swój harmonogram, swoje liny, swoją logistykę. Ale widzę ją zachowaną na mniejszych, trudniejszych technicznie drogach — na alpejskich ścianach, na nowych drogach w Andach, na wyprawach w stylu alpejskim, które kosztują ułamek tego, co permit nepalski. Ci wspinacze są, i jest ich niemało. Tylko nikt nie robi o nich filmów dokumentalnych.
Co zyskaliśmy — uczciwie
Powiedziałem, że będę uczciwy, i chcę dotrzymać słowa. Ostatnie dwadzieścia lat przyniosło kilka rzeczy, które są autentycznie dobre dla ludzi w górach.
Sprzęt. Buty, których używam dziś, są cieplejsze, lżejsze i bardziej precyzyjne niż buty, w których zaczynałem. Kurtki GORE-TEX drugiej generacji, jakie mieliśmy kiedyś, to przy dzisiejszych warstwach jak plastikowy płaszcz przy dobrej kurtce chirurgicznej. Piki lodowe ważą o połowę mniej. Materace do obozu szczytowego trzymają ciepło dwa razy dłużej. Sprzęt ratunkowy — PLB (Personal Locator Beacon), Garmin InReach, systemy komunikacji satelitarnej — stał się dostępny finansowo dla zwykłego wspinacza, a nie tylko dla wypraw rządowych.
Prognoza pogody. To jest zmiana, która ratuje życie — dosłownie. Kiedyś szedłeś w górę i modliłeś się do barometrów i starych górali. Dziś masz prognozę na siedem dni z rozdzielczością modelu pogodowego, który uwzględnia topografię na poziomie kilkuset metrów. Serwisy takie jak Meteotest, Windguru dla wysokich gór, lokalne prognozowanie lodowcowe — to narzędzia, których twórcy pierwszych wielkich dróg alpejskich po prostu nie mieli.
Wiedza medyczna. Protokoły leczenia HAPE, HACE, odmrożeń — są dziś powszechnie dostępne, rozumiane nawet przez amatorów, i coraz częściej wbudowane w kursy wspinaczki wysokogórskiej. To też ratuje życie i nie powinniśmy tego bagatelizować.
Zmieniamy się razem z górami
Myślę, że największym błędem w rozmowie o komercjalizacji alpinizmu jest stawianie znaku równości między zmianą a upadkiem. Góry się nie zdegradowały — dalej są tam, gdzie były, dalej są trudne i dalej zabijają. Zmieniło się to, jak do nich podchodzimy i kto do nich podchodzi.
Niektóre z tych zmian mi nie odpowiadają. Kolejki, presja biznesowa, rywalizacja w mediach społecznościowych o szczyty — to wszystko sprawia, że część tego, co dla mnie było w górach najważniejsze, stała się trudniej dostępna. Ale nie dlatego, że zniknęła — tylko dlatego, że teraz trzeba jej szukać gdzie indziej. Na mniej popularnych ośmiotysięcznikach, na nowych drogach, na szczytach, o których nie ma filmów na YouTube.
Ostatnio rozmawiałem ze Staszkiem, który ma za sobą kilkadziesiąt wypraw i pamięta czasy, kiedy na Aconcagui nie było muli z ładunkiem. Spytałem go, czy uważa, że alpinizm się skończył. Spojrzał na mnie z lekkim rozczarowaniem. „Alpinizm nie kończy się w kolejce. Kończy się w tobie, jeśli przestajesz szukać własnych dróg.” Wypiłem herbatę i nie miałem nic do dodania.
Mniejsze góry — gdzie coś zostało
Kiedy mówię starszym wspinaczom, że szukam teraz więcej na sześciotysięcznikach niż na ośmiotysięcznikach, słyszę zwykle kiwnięcie głową. Nie dlatego, że ośmiotysięczniki są złe — ale dlatego, że na sześciotysięcznikach w mniej popularnych pasmach — wschodnie Andy, mniej znane rejony Karakorum, niektóre sześciotysięczniki nepalskie bez tłumu — jest jeszcze coś, co przypomina mi to, co lubiłem w alpinizmie na początku. Planowanie, które jest naprawdę twoje. Logistyka, którą rozwiązujesz na bieżąco. Szczyt, przy którym nie stoisz w kolejce.
To nie jest żaden odkrywczy wniosek — mówią o tym wszyscy, od Voyterka przez Lechleba po dziesiątki mniej znanych wspinaczy, którzy po prostu nie publikują o tym raportów. Ale powiem to wyraźnie: komercjalizacja alpinizmu na ośmiotysięcznikach nie zabiła alpinizmu. Zepchnęła jego autentyczniejszą część niżej i w bok, na góry, których nazwy przeciętny turysta nie zna, i na drogi, które nie mają stałych lin.
Jest jeszcze jeden temat, który dokłada się do całej tej rozmowy, choć nie jest ściśle o komercjalizacji — zmiany klimatyczne. Lodowce, na których przez dekady stały obozy wyższych, kurczą się lub zmieniają topografię w sposób, który komplikuje klasyczne linie dróg. Na kilku sześciotysięcznikach andyjskich byłem na podejściach, które znajomi robili dziesięć lat wcześniej w zupełnie innym terenie lodowcowym. To zmieniło warunki, czas podejścia i punkt obrania obozu. Kiedy dodamy do tego komercjalizację, która koncentruje ruch na sprawdzonych logistycznie trasach — coraz mniej elastycznych wobec zmieniającego się lodowca — mamy kolejny powód do niepokoju o to, jak będą wyglądały te góry za lat dwadzieścia.
Podsumowanie, którego nie lubię pisać
Nie zamierzam kończyć tego tekstu apelem o powrót do złotych czasów, bo złote czasy nie istniały — istniała tylko inna konfiguracja kompromisów. Alpinizm lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych miał swoje ciemne strony: brak sprzętu ratunkowego, niewiedzę o medycynie górskiej, wypadki, które dziś byłyby możliwe do uniknięcia. Nie idealizuję.
Mówię tylko, że jeśli interesuje cię alpinizm jako doświadczenie — nie jako lista zaliczeń, nie jako materiały do publikacji, nie jako portfolio sponsorskie — to masz możliwość go uprawiać. Ale nie czekaj, że sam do ciebie przyjdzie. Na popularnych ośmiotysięcznikach jest coraz mniej miejsca dla tego doświadczenia. Na innych górach — jest go tyle, ile zawsze było.