Aklimatyzacja pod K2 — dwa tygodnie, które decydują o wszystkim
W bazie pod K2 nie ma miejsca na bohaterstwo. Pierwszy raz, kiedy to zrozumiałem, miałem trzydzieści trzy lata i pewność, że dobra forma zastąpi mi tlen. Pomyliłem się. Góra nie pyta o staż ani o to, ile dróg przeszedłeś w Tatrach. Pyta tylko o jedno: czy twoja krew nauczyła się oddychać powyżej siedmiu tysięcy metrów.
Dwa tygodnie zamiast dwóch dni
Klasyczny schemat aklimatyzacji pod K2 zakłada trzy rotacje. Pierwsza prowadzi do obozu pierwszego na wysokości około sześciu tysięcy stu metrów i nocleg tam. Druga sięga obozu drugiego, czasem trzeciego — zależnie od warunków na Black Pyramid. Trzecia, najtrudniejsza psychicznie, to dotknięcie obozu czwartego na Spalla i powrót do bazy przed atakiem szczytowym. Pomiędzy każdą rotacją — trzy, cztery doby odpoczynku w bazie na pięciu tysiącach metrów.
W sumie wychodzi dwanaście, czasem czternaście dni czystego chodzenia w górę i w dół. Dla kogoś, komu zegar odlicza urlop, brzmi to jak luksus. Dla kogoś, kto już raz był na K2 i wraca — jak minimum.
Co się dzieje w ciele
Aklimatyzacja to nie jest kwestia oddechu, tylko hematokrytu. Organizm produkuje erytropoetynę, nerki wysyłają sygnał do szpiku, szpik wyrzuca więcej czerwonych krwinek. Proces trwa dziesięć do czternastu dni i nie da się go przyspieszyć niczym poza czasem. Można go za to łatwo zmarnować — zbyt szybkim wejściem, zbyt długim pobytem powyżej sześciu tysięcy, lekceważeniem objawów choroby wysokogórskiej.
AMS — ostra choroba wysokogórska — zaczyna się od bólu głowy i mdłości. HAPE, wysokogórski obrzęk płuc, od suchego kaszlu i duszności w spoczynku. HACE, obrzęk mózgu, od ataksji i dezorientacji. Wszystkie trzy potrafią zabić w kilka godzin. Pod K2 nie ma helikoptera, który przyleci po ciebie z obozu drugiego. Jest tylko zejście — o własnych siłach albo na plecach kolegów.
Rotacja pierwsza: uczenie się góry
Wyjście do obozu pierwszego wygląda na papierze prosto. Sześćset metrów przewyższenia, ubezpieczone liny na House Chimney, sześć do ośmiu godzin. W rzeczywistości pierwsza rotacja to test — nie siły, lecz uczciwości wobec siebie. Jeśli organizm protestuje, trzeba zawrócić. Znam ludzi przewyższych ode mnie, bardziej utytułowanych, z trudniejszymi drogami w CV, którzy nie wrócili z K2, bo nie potrafili powiedzieć sobie „nie dziś”.
Rotacja druga: gdzie zaczyna się wysokogórka
Obóz drugi na Cesen lub Abruzzi to już inna liga. Siedem tysięcy sto metrów, cienkie powietrze, wiatr na graniach. Tu organizm albo akceptuje wysokość, albo wystawia rachunek. Nocleg na C2 bywa bezsenny. Cheyne-Stokes, nieregularny rytm oddechu w czasie snu, jest normą. Nieprzyjemną, ale normą.
Wejście do obozu trzeciego — jeśli warunki pozwolą — daje ciału coś, czego nie da żaden trening na nizinach. Pierwszy raz powyżej siedmiu i pół tysiąca metrów to doświadczenie, którego nie zapomina się do końca życia. Pierwszy raz czujesz, jak każdy krok wymaga trzech oddechów. Drugi raz jest łatwiejszy.
Co odróżnia tych, co wracają na szczyt
Po dwunastu wyprawach w wysokie góry jestem przekonany, że statystyka sukcesu na K2 nie zależy od formy fizycznej, tylko od dyscypliny aklimatyzacyjnej. Ludzie, z którymi stawałem na szczytach, mieli jedną wspólną cechę — respekt dla harmonogramu. Wchodzili wolniej niż mogli. Schodzili wcześniej niż chcieli. Nie pomijali rotacji dlatego, że czuli się dobrze.
Pod K2 przegrywa się w pierwszym tygodniu — nie w ostatnim. Ci dwaj tygodnie, o których tu piszę, nie są rozgrzewką przed właściwą wspinaczką. Są właściwą wspinaczką. Reszta to już tylko konsekwencja.