Aklimatyzacja w Andach a w Himalajach — co się różni
Są wspinacze, którzy po Aconcagui jadą prosto w Himalaje i twierdzą, że wiedzą już, jak to jest z wysokością. Rozumiem ten błąd — sam go popełniłem, i kosztował mnie to dobre dwa tygodnie niepotrzebnego bólu głowy na wysokości, gdzie ból głowy jest czymś, czego nie chcesz.
Aklimatyzacja to jedno z tych słów, które każdy wspinacz wysokogórski powtarza jak mantrę, ale które kryje w sobie zupełnie różne doświadczenia zależnie od tego, w jakim paśmie górskim się akurat obracasz. Przyszło mi to do głowy podczas jednej z rozmów przy namiocie — Andrzej, doświadczony taternik z paroma Sztatystykami na koncie, powiedział mi coś, co brzmiało prosto, ale miało w sobie sens dopiero po chwili namysłu: „W Andach wysokość cię dosięga szybko, ale też szybko odpuszcza. W Himalajach najpierw daje ci spokój, a potem dobiera się do ciebie po cichu.” Nie wiem, czy to dokładna fizjologia, ale jako opis doświadczenia — jest trafny.
Logistyka, która kształtuje aklimatyzację
W Andach często dojeżdżasz samochodem lub busem pod samą bazę, albo przynajmniej na wysokość, od której zaczynasz marsz. Na Aconcagui — największym szczycie zachodniej i południowej półkuli — camp Plaza de Mulas leży na poziomie nieco powyżej czterech tysięcy metrów, ale wiele osób zaczyna dojazd z Mendozy, z blisko osiemset metrów, i w ciągu jednego dnia ląduje w bazie. To bardzo duży skok — i organizm reaguje natychmiast. Bóle głowy, mdłości, bezsenność w pierwszą noc są niemal obowiązkowe. Ale Andy mają jedną zaletę: suchy klimat, dużo słońca i — przynajmniej na Aconcagui — infrastrukturę, która pozwala na sensowne rotacje między obozami. Wychodzisz wyżej, śpisz niżej. Klasyczny schemat.
W Himalajach wchodzi się wyżej zazwyczaj po kilku, a nawet kilkunastu dniach marszu przez doliny. Khumbu do bazy pod Everestem to dwa tygodnie podejścia — na papierze to idealna aklimatyzacja wstępna, bo nocujesz sukcesywnie wyżej i organizm dostaje czas na adaptację. Problem polega na tym, że ten marsz nie zawsze jest liniowy w kwestii wysokości — schodzisz do rzek, śpisz w wsiach na niższym poziomie, a potem znów podbijasz. To lekceważące pozory spokojnego wchodzenia, za którymi kryje się subtelna, ale realna akumulacja zmęczenia.
Pamiętam, że przy jednej z moich wypraw przez dolinę do bazy na ponad pięciu tysiącach metrów czułem się świetnie przez całe podejście — aż do momentu, kiedy przestałem się ruszać. Trzecia noc w bazie była najgorsza ze wszystkich. Jarek, który szedł ze mną, stwierdził krótko: „Ciało pracowało przez cały czas, a ty mu nie dałeś odpoczynku właśnie tam, gdzie powinno odpocząć.” Miał rację. Himalajska aklimatyzacja to nie jest spokojny spacer na górę — to skomplikowana gra / balans między ruchem, odpoczynkiem i wysokością.
Klimat i fizjologia — dwa różne scenariusze
Andy leżą blisko równika — przynajmniej ich najwyższe części. To oznacza, że promieniowanie UV jest wyjątkowo silne, ciśnienie parcjalne tlenu na danej wysokości jest nieco wyższe niż w porównywalnych wysokościach Himalajów, i że suche powietrze wysusza układ oddechowy bardzo szybko. Odwodnienie w Andach jest pułapką, w którą regularnie wpadają wspinacze skupieni na aklimatyzacji i zapominający o nawodnieniu. Sam wpadłem w to przy pierwszym wyjeździe — myślałem, że skoro nie jest mi gorąco, to nie potrzebuję pić tak dużo. Myliłem się spektakularnie.
Himalaje z kolei niosą inne wyzwanie klimatyczne: monsun. Jeśli jedziesz w nie-sezonowych okienkach — wiosna przed monsunowym, jesień po — trafisz na powietrze bardzo suche na dużych wysokościach, ale warunki w dolinach bywają mokre i zimne. Wilgotność powietrza wpływa na to, jak odczuwasz temperaturę, ale też na to, jak wydajnie pracują płuca. Wspinacze przyzwyczajeni do Andów mówią mi czasem, że Himalaje „duszą inaczej” — co jest poetyckim, ale całkiem trafnym opisem.
Fizjologicznie mechanizm jest ten sam: organizm adaptuje się do niskiej zawartości tlenu poprzez zwiększenie produkcji erytropoetyny, zagęszczenie krwi, zmiany w metabolizmie tlenowym. Ale tempo i charakter tych zmian zależą od wielu czynników — i właśnie tu zaczynają się różnice między pasmami. W Andach zmiana bywa bardziej ostra i szybka, bo wchodzisz wysoko bez rozgrzewki. W Himalajach jest rozłożona w czasie, ale też bardziej złożona, bo łączy się z fizycznym zmęczeniem długich marszów.
Obozy aklimatyzacyjne — rytm jest wszystkim
W Andach, szczególnie na Aconcagui, pracujesz w dość klarownym systemie obozów: baza, Camp 1, Camp 2, Camp 3, szczyt. Każde przejście jest krótkie, a logistyka jest sprawna — muli, przewodnicy, drogi zdeptane przez tysiące wspinaczek. To środowisko daje ci strukturę, w której aklimatyzacja jest niemal wbudowana w program wyprawy. Wychodzisz do C1, nocujesz, wracasz do bazy. Wychodzisz do C2, nocujesz, wracasz. Powtarzasz kilka razy, a potem idziesz szczytować.
Himalaje — szczególnie te powyżej ośmiu tysięcy metrów — to zupełnie inne zarządzanie. Rotacje są dłuższe, obozy bardziej odległe od siebie, a samo wyjście do obozu wyżej potrafi kosztować tyle wysiłku, że powrót do bazy z trudem możesz uznać za regenerację. Na sześć- i siedmiotysięcznikach jest łatwiej, ale wciąż — jeden dzień złego snu na dużej wysokości potrafi cofnąć cię do zera bardziej niż kilka dni w Andach.
Rozmawiałem kiedyś z Markiem — weteranem kilku ośmiotysięczników — o tym, jak planuje rotacje. Powiedział mi coś, co zostało mi w głowie: „W Andach możesz pozwolić sobie na błąd. W Himalajach błąd aklimatyzacyjny to albo zawrócenie, albo HAPE na namiot.” Nie mówił tego dramatycznie — po prostu rzeczowo, z doświadczenia. Obrzęk płuc na wysokości to nie jest coś, o czym się rozmawia przy piwie. To jest coś, przy czym się umiera, jeśli nie zareagujesz na czas.
Głowa — komponent, o którym się nie mówi dość
W całej rozmowie o aklimatyzacji zbyt rzadko mówi się o tym, co dzieje się w głowie. W Andach otoczenie jest inne — bardziej suche, bardziej otwarte, bardziej przewidywalne. Masz poczucie, że widzisz szczyt od samego początku i że wiesz mniej więcej, co cię czeka. Ta przewidywalność działa uspokajająco na psychikę — i myślę, że to z kolei działa korzystnie na aklimatyzację. Stres aktywuje kortyzol, kortyzol wpływa na sen, a sen to fundament adaptacji.
W Himalajach skala jest inna. Dwa tygodnie marszu przez doliny, mijasz wioski, stupa, jaki na szlaku — i gdzieś po drodze zaczyna do ciebie docierać, jak daleko jesteś od domu i jak małe są twoje szanse na cokolwiek, jeśli coś pójdzie źle. To nie jest lęk, który cię paraliżuje — to jest inna świadomość. I ta świadomość wpływa na to, jak śpisz, jak jesz, jak podejmujesz decyzje. Aklimatyzacja nie jest tylko procesem fizycznym — jest też procesem psychicznym.
Na jednej z wypraw w Karakorum — w rejonie, gdzie trudno o infrastrukturę — spędziliśmy w bazie dwa dodatkowe dni, bo jeden z nas miał symptomy, które wyglądały na początki ostrego obrzęku mózgu. Nie skończyło się dramatycznie, wrócił do zdrowia szybko po zejściu kilkuset metrów niżej. Ale te dwa dni czekania, obserwowania, decydowania — to było coś, co zmieniło moje podejście do całego procesu aklimatyzacji. Nie chodzi tylko o to, żeby organizm zbudował erytrocyty. Chodzi o to, żebyś ty — twoja głowa, twoje decyzje, twoje ocenianie sytuacji — funkcjonował sprawnie na wysokości, gdzie każda decyzja ma konsekwencje.
Czego nie daje żaden plan
Mam za sobą wiele rozmów z lekarzami medycyny górskiej, wiele przeczytanych protokołów aklimatyzacji, wiele lat własnego eksperymentowania. I mogę powiedzieć z czystym sumieniem: nie ma jednego planu, który działa na wszystkich. Są wytyczne — Lake Louise Score do oceny AMS, reguła „nie śpij wyżej niż czterysta metrów powyżej poprzedniej nocy”, protokół stopniowego wchodzenia — ale to są tylko szkielety. Twoje ciało może zareagować inaczej niż statystyczna norma, i w Andach, i w Himalajach.
Różnica między tymi pasmami polega też na tym, że Andy uczą cię aklimatyzacji jako czegoś niemal mechanicznego — wykonujesz procedurę, ciało się adaptuje, idziesz dalej. Himalaje zmuszają cię do myślenia o aklimatyzacji jako o czymś organicznym — żywym procesie, który wymaga codziennej obserwacji i elastyczności. To zdaje się drobna różnica, ale w praktyce — po kilku wyprawach w oba rejony — czuję ją wyraźnie.
Jeśli miałbym podać jedną radę — i będzie to rada, którą dostałem kiedyś od starszego wspinacza, który wchodził w góry, kiedy mnie jeszcze nie było na świecie — to brzmiałaby tak: słuchaj ciała, ale nie wierz mu bezkrytycznie. Na wysokości ciało potrafi milczeć aż do momentu, gdy jest już za późno. I to dotyczy tak Andów, jak i Himalajów.
HACE, HAPE i sygnały, które różnią się w terenie
Jednym z praktycznych pytań, które zadają sobie wspinacze jadący po Andach przed Himalajami, jest to, czy symptomy górskie wyglądają tak samo w obu pasmach. Odpowiedź krótka: tak. Fizjologia jest ta sama — ostry ból głowy jako sygnał AMS, ataksja i splątanie jako sygnały ostrego obrzęku mózgu (HACE), kaszel i rzężenie jako sygnały obrzęku płuc (HAPE). Nikt nie jest od nich odporny, niezależnie od liczby poprzednich wypraw. Przekonałem się o tym osobiście, gdy na jednej z rotacji w rejonie Karakorum poczułem po raz pierwszy od lat prawdziwy ból głowy na wysokości — mimo że był to mój czwarty wyjazd powyżej sześciu tysięcy metrów. Ciało nie akumuluje odporności liniowo.
Różnica w Andach versus Himalajach jest taka, że w Andach często masz możliwość zejścia kilkuset metrów w bardzo krótkim czasie — i to przynosi ulgę szybciej niż w Himalajach, gdzie zejście o pięćset metrów może oznaczać kilka godzin marszu przez lodowiec. To z kolei zmienia decyzję o tym, jak długo czekasz przy symptomach, zanim zarządzisz zejście. W Himalajach interweniujesz wcześniej, bo zejście trwa dłużej.
Acetazolamid — Diamox — to kolejny temat, który wywołuje dyskusje. W Andach wielu wspinaczy komercyjnych przyjmuje go profilaktycznie, bo krótki czas podejścia do bazy nie daje organizmowi czasu na naturalną adaptację. W Himalajach podejście jest długie i wielu wspinaczy unika Diamoxu, argumentując, że naturalny rytm marszu jest wystarczającą stymulacją. Sam byłem po obu stronach tej debaty — i moja pozycja jest taka: Diamox nie zastępuje aklimatyzacji, tylko ją wspomaga, i dobrze wiedzieć o tym przed wyjazdem zamiast odkrywać to przy namiocie z bólem głowy.
Co zabieram z każdej aklimatyzacji
Po tylu latach mam swój prywatny zestaw obserwacji — nie protokół, bo protokoły są dla badań klinicznych, a nie dla gór. Przede wszystkim: jakość snu na wysokości jest wskaźnikiem lepszym niż jakikolwiek subiektywny opis samopoczucia. Jeśli śpisz głęboko przez pięć-sześć godzin bez budzenia się z dusznościami, organizm radzi sobie dobrze. Jeśli budzisz się co godzinę z uczuciem braku powietrza (Cheyne-Stokes) i suchością w gardle, zostań niżej jeszcze jedną dobę. To działa zarówno w Andach, jak i w Himalajach.
Drugi wskaźnik: apetyт. Na dużej wysokości apetyt spada — to normalne. Ale jeśli przez dwa kolejne dni nie masz ochoty zjeść absolutnie niczego, a nie tylko nie jesteś głodny — to jest sygnał. W Andach zazwyczaj ustępuje po jednym dniu w bazie. W Himalajach ten cykl bywa dłuższy.
I trzecia rzecz — ta, o której nikt nie mówi przy planowaniu, a którą każdy odkrywa sam: tempo marszu w trakcie rotacji jest ważniejsze niż docelowa wysokość rotacji. Możesz zaplanować wejście do obozu pierwszego, ale jeśli idziesz za szybko — szybciej niż pozwala ci oddech — i docierasz tam zmęczony poza normę, straciłeś więcej niż zyskałeś. Andy uczą tego brutalniej, bo temptacja jest większa — obozy są blisko, droga krótka. Himalaje uczą tego przez długość marszu: tam niemal nie ma możliwości iść za szybko, bo przed tobą jest kilka tygodni trasy.