Polski alpinizm po 2025 — co zmienia nowe pokolenie
Rok 2025 był cezurą, choć w momencie, gdy trwał, mało kto to zauważył. Odeszło kilkoro ludzi, którzy byli dla polskiego alpinizmu instytucjami. Inni — ci, co jeszcze chodzą — coraz rzadziej pojawiają się na wyprawach eksponujących. Pokolenie lodowych wojowników, to od Kukuczki, Wielickiego, Hajzera, Berbeki — przestaje być operacyjne. A młodzi, którzy weszli w ich miejsce, nie chcą być ich kopiami.
Co robiliśmy w latach osiemdziesiątych
Polska szkoła himalaizmu zimowego była fenomenem. Pierwsze zimowe wejścia na siedem ośmiotysięczników — to nasze. Nowe drogi na K2, Lhotse, Manaslu, Dhaulagiri — też. Etos był jasny: iść tam, gdzie nikt przed tobą nie był, w porze roku, w której nikt nie próbował, za wszelką cenę. Literalnie. Liczba śmiertelnych ofiar wśród polskich himalaistów lat osiemdziesiątych jest dziś trudna do zracjonalizowania.
Ten etos miał swoje korzenie. Polska lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych była krajem zamkniętym, biednym, zrezygnowanym. Wysokie góry były jednym z nielicznych miejsc, gdzie można było być lepszym niż światowa średnia. Zapłata — sława, wolność od systemu, możliwość wyjazdu — była niewspółmiernie duża. Ryzyko, które się podejmowało, też.
Co robi nowe pokolenie
Młodsi polscy alpiniści — mam na myśli roczniki 1990 i młodsze — wspinają się inaczej. Po pierwsze: w stylu alpejskim. Lekko, szybko, bez szerpów, bez tlenu, na ścianach do których wcześniej wchodziły trzydziestoosobowe wyprawy oblężnicze. Bartek Ziemski, Janusz Gołąb, Michał Czech, Marek Raganowicz — to nie są nazwiska znane szerokiej publiczności, ale w środowisku światowym liczą się zupełnie inaczej niż część starej gwardii.
Po drugie: technicznie. Drogi, na które chodzą — w Karakorum, Patagonii, na Alasce — są wspinaczkowo trudniejsze niż cokolwiek, co robiono w czasach Kukuczki. Nowoczesna wspinaczka mikstowa, drytooling, lekkie taktyki, które pozwalają pokonywać ściany o trudnościach M7, M8 w warunkach, które wcześniej uznano by za niemożliwe.
Po trzecie — i to jest zmiana najgłębsza: inna relacja z ryzykiem. Nie bezpieczniejsza, nie romantyczna, tylko świadoma. Dzisiejsi młodzi alpiniści czytają analizy lawinowe, korzystają z prognoz satelitarnych, planują wyprawy z rozbudowanymi planami awaryjnymi. Nie dlatego że są tchórzami. Dlatego że rozumieją, że ryzyko bez zarządzania nim nie jest odwagą, tylko głupotą.
Co tracimy, co zyskujemy
Tracimy pewien język. Nie będzie już polskich pierwszych zimowych wejść na ośmiotysięczniki, bo nie zostało ich wiele. Nie będzie romantycznych narracji o tym, jak Polak wbijał swoją flagę na szczycie, z którego strącono ją po tygodniu. Nie będzie narodowej dumy opartej o liczbę szczytów.
Zyskujemy — jeśli środowisko poradzi sobie z finansowaniem i infrastrukturą — alpinizm, który jest częścią światowego rzemiosła, a nie narodowym pomnikiem. Polskie zespoły na Latoku I, na Ogrze, w Patagonii, na Alasce robią dziś rzeczy, które pokazują się w światowych nominacjach do Piolet d’Or. Nie zawsze wygrywają. Ale są w grze.
Czego nam będzie brakowało
Ludzi, od których można było się uczyć w terenie. Kiedy stałem w bazie pod Broad Peakiem w 2012 roku, obok mnie rozbijał namiot jeden z ludzi z pokolenia Berbeki. Powiedział mi wtedy cztery zdania o pogodzie, które pamiętam do dziś. W takich chwilach czuje się, że alpinizm jest rzemiosłem przekazywanym z rąk do rąk. Dziś coraz częściej — z książek, podcastów, materiałów szkoleniowych.
Nowe pokolenie to wyzwanie w sobie rozwiąże. Ma własnych mistrzów, własne szlaki, własny styl. Za dziesięć lat będziemy mówić o polskim alpinizmie roku 2035 zupełnie innym językiem niż dziś. To dobrze. Każda żywa tradycja musi się zmieniać, żeby nie stać się muzealnym eksponatem. Rok 2025 był końcem pewnej epoki. To, co zaczyna się teraz, jest nowym rozdziałem — i warte uwagi ze względu na własną miarę, nie na porównanie z poprzednim.