O tym, że trudne góry nie są w Himalajach
Powiem to od razu, bez owijania: większość ludzi, którzy piszą w mediach społecznościowych o swojej „himalajskiej wyprawie”, nie wspięła się na nic technicznie trudnego. Byli wysoko — tak. Znosili zimno, niedotlenienie, długie przejścia po lodowcach. Ale trudności wspinaczkowej w ich CV nie ma. I nie powinniśmy udawać, że jest.
Wysokość to nie trudność
W klasyfikacji UIAA trudność wspinaczkowa ma swoją skalę. Drogi letnie od I do XII, mikstowe od M1 do M13, lodowe od WI1 do WI7. Wysokość w tej klasyfikacji nie występuje. Występuje za to osobno — jako poważność obiektywnego zagrożenia, czas ekspozycji, trudności aklimatyzacyjne. To są realne parametry. Ale nie są tym samym co trudność techniczna.
Droga normalna na Mount Everest od strony południowej to w zasadzie trekking z elementami wspinaczki — Khumbu Icefall z drabinami, Lhotse Face ubezpieczona linami, Hillary Step dziś ledwie śnieżna rampa. Wysoko, mroźnie, niebezpiecznie obiektywnie. Ale technicznie — nic, czego przeciętny wspinacz z europejskich Alp by nie przeszedł, gdyby nie brak tlenu.
Gdzie są naprawdę trudne góry
Patagonia. Cerro Torre, Fitz Roy, Torre Egger. Granitowe iglice, pogoda zmieniająca się co trzy godziny, wiatr, który potrafi zrzucić człowieka ze stanowiska. Cerro Torre w stylu klasycznym — bez dolnej wiertarki Maestriego — to jedna z najpoważniejszych dróg alpejskich świata. Wysokość szczytu? Trzy tysiące sto metrów. Nieistotne.
Karakorum. Nie mówię o K2 drogą Abruzzi — mówię o Latok I, Ogre, Trango Towers, Masherbrum. Północna grań Latoku I do dziś nie została pokonana w całości. Pierwsza udana próba wejścia była w 2018 roku, rosyjsko-brytyjsko-polski zespół Gukov, Haley, Livingstone — i nawet oni nie dokończyli grani. Technicznie i poważnością przewyższa większość dróg Himalajów.
Alaska. Moose’s Tooth, Mount Huntington, droga Cassina na Denali. Tu mamy połączenie wysokości subarktycznej (cały czas powyżej linii mrozu), warunków polarnych i wspinaczki mikstowej na granicy M7, M8. Francuska droga na Denali — South Buttress direct — do dziś jest testem dla światowej czołówki.
Himalaje mają swoje trudne linie — tylko nie te popularne
Uczciwie trzeba powiedzieć: w Himalajach i Karakorum są drogi, przy których Cerro Torre blednie. Rupal Face na Nandze Parbat, południowa ściana Lhotse, zachodnia grań Makalu. Kukuczka i Kurtyka w latach osiemdziesiątych zrobili tam rzeczy, do których dziś się wraca z pokorą. Ale to są linie znane po imieniu i szanowane. Nikt tam nie chodzi z komercyjną agencją.
Różnica, o której mówię, jest prosta: marketing wysokogórski utożsamił „wysokość” z „trudnością”. Ktoś, kto wszedł na Manaslu z tlenem i pełną obsługą, jest w mediach „himalaistą”. Ktoś, kto solo przeszedł zimową Supercanaletę na Fitz Royu — jest „alpinistą, pewnie słyszeliście”. Pierwsze zdanie jest puste. Drugie — opisuje jedną z najtrudniejszych rzeczy, jakie człowiek może zrobić w górach.
Dlaczego to ma znaczenie
Nie piszę tego, żeby umniejszać wysiłkowi ludzi, którzy weszli na osiemtysięczniki. Sam byłem na K2 i wiem, ile to kosztuje. Piszę to, żeby odzyskać język. Jeśli będziemy dalej mylić wysokość z trudnością, stracimy zdolność rozpoznawania, co w alpinizmie jest osiągnięciem, a co tylko drogim wyjazdem. Środowisko to wie. Publiczność — coraz mniej. A to właśnie publiczność głosuje portfelem, o kim czytać i kogo oglądać.
Trudne góry są w Patagonii, Karakorum i na Alasce. A w Himalajach też — tylko trzeba umieć odróżnić drogę normalną od nowej linii w stylu alpejskim. Różnica jest mniej więcej taka jak między maratonem a biegiem z psem w niedzielę.