Newsletter
Trekking

GR20 na Korsyce — po co chodzić 15 dni przez wyspę

Maciej Paszko 18 kwietnia 2026 4 min czytania

Na piątej etapie GR20, gdzieś między Castel di Vergio a Manganu, złapałem się na myśli, że jestem starszy niż powinienem być dla tego szlaku. Miałem wtedy trzydzieści osiem lat. Przede mną jeszcze dziesięć dni granitu, przeciętnie sześć godzin dziennie, przewyższenie w okolicach tysiąca metrów na etap. Dzień przed zmartwychwstaniem w schronisku Petra Piana, znalazłem się w miejscu, do którego od lat nie wracałem myślami — do pytania, po co się to właściwie robi.

Czym jest GR20 — i czym nie jest

GR20 przecina Korsykę z północy na południe, od Calenzany do Conca. Około stu osiemdziesięciu kilometrów, szesnaście etapów w klasycznym podziale, sumaryczne przewyższenie powyżej dziesięciu tysięcy metrów. Francuska Fédération Française de la Randonnée Pédestre klasyfikuje go jako najtrudniejszy GR w Europie. Nie jest to przesadą marketingową.

Nie jest to jednak szlak techniczny w sensie alpinistycznym. Nie ma tu lodowca, nie ma ferrat w pełnym wydaniu, a w najtrudniejszych miejscach — jak Cirque de la Solitude, przed jego zamknięciem w 2015 roku — stałe łańcuchy załatwiają sprawę. GR20 jest trudny objętościowo. Przez dwa tygodnie nie ma dnia łatwego. Każdy etap zjada sześć, siedem, czasem osiem godzin. Każdy nocleg w schronisku jest spartański — dormitorium, prysznic ze zmiennym ciśnieniem, kolacja z makaronem i mięsem z puszki.

Po co się tam idzie

Spotkałem na GR20 ludzi trzech rodzajów. Pierwsi przychodzili udowodnić coś sobie — zwykle po rozwodzie, zwolnieniu, śmierci rodzica. Traktowali szlak jak osobistą próbę. Drudzy szli sportowo — biegali, łamali rekordy, schodzili w osiem dni, w sześć, w cztery (rekord Kilian Jornet to niecałe trzydzieści godzin, ale to inna liga). Trzeci rodzaj, najliczniejszy, po prostu lubił chodzić. Szli po to, żeby dwa tygodnie żyć w rytmie wschodu i zachodu słońca.

Sens trekkingu długodystansowego trudno wytłumaczyć komuś, kto nigdy tego nie robił. Nie polega on na widokach, choć widoki na GR20 bywają wyjątkowe — Monte Cinto, Lac de Nino, przełęcz Bavella. Polega na rytmie. Na tym, że po szóstym dniu przestajesz myśleć o pracy, bo twój mózg ma inne rzeczy do przemyślenia. Jak załatać pęcherz na pięcie. Czy w następnym schronisku będzie woda. Ile zostało do końca etapu.

Kiedy iść i z czym

Okno sezonu to czerwiec–wrzesień. Lipiec i sierpień są tłoczne, upalne, w schroniskach trudno o miejsce bez rezerwacji. Najlepsze okno — moim zdaniem — to druga połowa czerwca lub pierwsza połowa września. Niższe temperatury, mniej ludzi, jeszcze stabilna pogoda.

Sprzęt minimalistyczny. Plecak sześćdziesiąt, maksymalnie siedemdziesiąt litrów — jeśli nosisz śpiwór do schronisk (część schronisk wynajmuje koce, część wymaga własnego sprzętu). Buty za kostkę, wiatrówka, jedno komplet cieplejszych ciuchów, kije trekkingowe obowiązkowo. Woda — w Korsyce źródła są, ale nierównomiernie. Dwa litry pojemności minimum.

Piętnaście dni jako jednostka czasu

Wróciłem z GR20 w sierpniu 2008 roku. Pamiętam, że po zejściu w Conca pierwsza rzecz, którą zrobiłem, to kupiłem dwa piwa i zjadłem całą pizzę. Druga — siedziałem na plaży i patrzyłem w morze, zupełnie niezdolny do rozmowy. Trzecią rzecz pamiętam do dziś: postanowienie, że wrócę. Wróciłem dwa razy. Raz z synem, kiedy skończył osiemnaście lat. Raz sam, po rozstaniu z żoną, żeby uporządkować sobie głowę.

Czy GR20 zmienia życie? Nie sądzę. Zmienia natomiast proporcje. Po dwóch tygodniach chodzenia z plecakiem przestajesz się przejmować rzeczami, które przedtem zajmowały pół twojej głowy. To z kolei — zmienia całkiem sporo.

Maciej Paszko

Redaktor naczelny

Alpinista z ponad dwudziestoletnim stażem, instruktor wspinaczki wysokogórskiej, uczestnik dwunastu wypraw w Andach, Himalajach i Karakorum. Prowadzi On The Summit od 2022 roku — magazyn ludzi, dla których szczyt to nie koniec, tylko początek rozmowy.