Newsletter
Wyprawy

Kolejki na Evereście — jak zmieniły zasady gry dla niezależnych alpinistów

Maciej Paszko 18 kwietnia 2026 3 min czytania

Zdjęcie z 22 maja 2019 roku obiegło wtedy świat. Nirmal Purja sfotografował kolejkę na Hillary Step — trzystu ludzi stłoczonych na grani powyżej ośmiu tysięcy siedmiuset metrów, czekających na swoją kolej, żeby postawić stopę na szczycie Everestu. Dla większości obserwatorów był to obraz absurdu. Dla nas, ludzi wysokogórki, był to moment, w którym pewna epoka definitywnie się skończyła.

Komercjalizacja nie jest nowa, skala — tak

Komercyjne wyprawy na Everest działają od lat dziewięćdziesiątych. Rob Hall i Scott Fischer byli pionierami. Tragedia z 1996 roku, opisana przez Krakauera w Into Thin Air, powinna była zmienić wszystko. Zmieniła niewiele. W sezonie 2023 Nepal wydał 478 pozwoleń na stronę południową — rekord wszech czasów. Liczba klientów na szczycie w jednym oknie pogodowym potrafi przekroczyć dwie setki.

Dla niezależnych alpinistów — tych, co planują własne linie, własne taktyki, bez tlenu lub z tlenem, ale bez pełnej obsługi szerpów — zmieniło się wszystko. Nie dlatego, że kolejki same w sobie są problemem technicznym. Dlatego, że infrastruktura pod kolejki przejęła całą górę.

Nowe reguły — niepisane, ale obowiązujące

Pierwsza zasada: zapomnij o oknie szczytowym wspólnym z komercyjnymi grupami. Jeśli agencje mają prognozę wiatru poniżej trzydziestu kilometrów na godzinę na 20 maja, setki ludzi ruszą z Camp 4 tej samej nocy. Niezależny zespół musi albo pójść dzień wcześniej, albo dzień później — i zaakceptować, że pogoda nie zawsze daje drugie okno.

Druga: Hillary Step nie jest już wspinaczką. Jest przepustką. W 2017 roku trzęsienie ziemi zmieniło jego formację — skała, o której pisał Hillary, w dużej mierze zniknęła. Dziś to śnieżna rampa z liną poręczową, po której pełznie kolejka. Klasyczny alpinizm w stylu lat osiemdziesiątych — samodzielna asekuracja, własne linie — jest tam technicznie możliwy, ale oznaczałby tamowanie ruchu i konflikty.

Trzecia: jeśli szukasz doświadczenia wysokogórki, nie powinieneś szukać go na drodze normalnej Everestu. To oczywiste dla ludzi w środowisku. Mniej oczywiste dla tych, co wciąż piszą w CV „zdobyłem Everest”.

Alternatywy, o których mało kto mówi

Strona północna, tybetańska, bywa mniej tłoczna. W niektóre sezony Chiny ograniczają liczbę pozwoleń, w inne zamykają górę całkowicie. To opcja dla tych, co akceptują większą niepewność logistyczną w zamian za mniejszy tłum.

Drugą drogą są trudniejsze linie. Hornbein Couloir, Supercouloir Kukuczki-Kurtyki, zachodnia grań. Praktycznie nikt tam nie chodzi. Dlatego że są trudne, dlatego że wymagają własnej logistyki, dlatego że ryzyko śmierci jest tam nieproporcjonalne do „zdobycia szczytu”. Ale jeśli chodzi o alpinizm w klasycznym znaczeniu — prawdziwy wysokogórski alpinizm dzieje się właśnie tam, nie na kolejce pod South Summit.

Pytanie, które powinniśmy sobie zadać

Rozmawiałem kilka lat temu z alpinistą, z jednym z tych, co w Karakorum robili pierwsze wejścia na siedmiotysięczniki. Powiedział mi wtedy: „Everest to już nie jest gora. To jest park rozrywki na wysokości”. Wtedy wydawało mi się to zbyt ostre. Dziś — po kilku kolejnych sezonach — przyznaję mu rację.

Dla niezależnych alpinistów pytanie nie brzmi już „jak zdobyć Everest”. Brzmi: „czy w ogóle chcę mieć z tym coś wspólnego”. Odpowiedź, jaką słyszę coraz częściej w środowisku — i którą sam sobie dałem — jest negatywna. Są góry równie piękne, równie wysokie w swojej istocie, gdzie jeszcze da się iść po swojemu. Tylko trzeba ich szukać dalej niż na szlaku South Col.

Maciej Paszko

Redaktor naczelny

Alpinista z ponad dwudziestoletnim stażem, instruktor wspinaczki wysokogórskiej, uczestnik dwunastu wypraw w Andach, Himalajach i Karakorum. Prowadzi On The Summit od 2022 roku — magazyn ludzi, dla których szczyt to nie koniec, tylko początek rozmowy.