Newsletter
Ludzie

Wojciech Kurtyka — alpinizm w stylu, który wyprzedził epokę

Bartek Nowacki 2 czerwca 2026 8 min czytania

W historii polskiego alpinizmu Wojciech Kurtyka zajmuje miejsce osobne. Nie dlatego, że zdobył więcej niż inni — choć jego dorobek techniczny należy do najwyższych — lecz dlatego, że od początku konsekwentnie odmawiał grania w grę po cudzych zasadach. W epoce, gdy środowisko himalaistów mierzyło wielkość listą szczytów i rekordem prędkości, Kurtyka upierał się przy czymś innym: przy jakości drogi, przy czystym stylu, przy tym, co sam nazywał „sztuką ucieczki przed grawitacją”. Dziedzictwo, które zostawił, jest dziś czytelne nie tylko w osiągnięciach, ale i w sposobie myślenia o górach.

Życie wczesne i pierwsze ściany

Kurtyka urodził się w 1947 roku w Skrzynce koło Kłodzka (nie koło Wrocławia). Jego droga do alpinizmu biegła przez Tatry i ściany skałkowe, przez które przewinęło się pokolenie polskich wspinaczy lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych. Studiował filozofię na Uniwersytecie Wrocławskim — co nie jest bez znaczenia dla zrozumienia, jak później formułował swoją wizję wspinaczki. Dla Kurtyki góry nie były terenem rekreacyjnym ani areną rekordów: były czymś bliższym praktyce filozoficznej — miejscem, gdzie decyzje mają konsekwencje natychmiastowe i gdzie nie ma miejsca na samooszukiwanie się. Już w młodych latach zwracał uwagę jako wspinacz o wyjątkowej intuicji technicznej i zdolności do oceny ryzyka.

Był członkiem Klubu Wysokogórskiego Wrocław, gdzie w tamtym czasie skupiało się kilka pokoleń wybitnych polskich alpinistów. Środowisko wrocławskie miało odmienny charakter niż krakowskie czy warszawskie: bardziej laboratoryjny, skłonny do eksperymentowania ze stylem wspinaczki, otwarty na wpływy zachodnie wcześniej niż inne ośrodki. Kurtyka wchłaniał te wpływy i przetwarzał je na własny sposób: przez lekturę, przez rozmowy z alpinistami z innych krajów, przez praktykę w terenie.

Pierwsze duże osiągnięcia Kurtyki przypadły na przełom lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych, gdy razem z Jerzym Kukuczką tworzyli jeden z najskuteczniejszych dwuosobowych zespołów w polskim środowisku. W 1983 roku obaj dotarli na Hidden Peak (Gasherbrum I, 8080 m) stylem alpejskim, pokonując trudną drogę bez stałych poręczy i obozów szturmowych. W owych czasach było to działanie na granicy tego, co alpiniści uważali za wykonalne — zwłaszcza na tej wysokości. Kurtyka podchodził do gór z metodą i spokojem człowieka, który myśli wiele kroków naprzód i rozumie, że w pewnym momencie kalkulacja musi ustąpić miejsca odwadze. Ale odwaga bez kalkulacji, w jego rozumieniu, nie była odwagą — była brawurą.

Najważniejsze drogi i dorobek

Centralny punkt w dorobku Kurtyki stanowi zachodnia ściana Gasherbruma IV (7932 m) — szczytu, który w przeciwieństwie do sąsiednich kolosów nigdy nie zdobył masowej popularności, a jego zachodnia ściana uchodziła za jedno z najtrudniejszych zadań w Karakorum. W lipcu 1985 roku Kurtyka przeszedł ją razem z Robertem Schauerem z Austrii. Wyprawa trwała siedem dni — siedem dni wspinaczki w stylu alpejskim po odsłoniętej, pionowej ścianie na wysokości sięgającej prawie ośmiu tysięcy metrów.

Para nie osiągnęła szczytu — atak wyhamował kilkadziesiąt metrów przed wierzchołkiem z powodu skrajnego wyczerpania i pogarszającej się pogody — ale ściana została przebyta. W środowisku alpinistycznym wyjście to jest do dziś wymieniane jako jedno z najwyższych osiągnięć w historii himalaizmu. Wielu specjalistów stawia zachodnią ścianę Gasherbruma IV w tej samej kategorii co najtrudniejsze drogi w Alpach, tyle że o wymiarze i wysokości bez porównania. Schauer, opisując tamte dni, wielokrotnie podkreślał, że droga była technicznie za trudna nawet na optymistyczny scenariusz aklimatyzacyjny — a jednak obaj ją przeszli.

Wcześniej, w 1980 roku, Kurtyka wszedł na Cho Oyu (8201 m) stylem alpejskim w towarzystwie Alexa MacIntyre’a i Johna Portera — wyprawa ta była jednym z pierwszych przykładów zastosowania czystego stylu alpejskiego na ośmiotysięczniku. W 1984 roku powtarzał działania w Karakorum, docierając na Broad Peak (8051 m) z Kukuczką. Na Shisha Pangmie (8027 m) Kurtyka dokonał wejścia nową drogą w 1987 roku, ponownie w stylu alpejskim i w małym zespole. W 1988 roku razem z Erhardem Loretanem ze Szwajcarii przebył południowo-wschodni filar Gran Trango Tower (6286 m) w Karakorum — drogę, którą lata później zaliczono do klasycznych trudnych dróg skalnych na dużej wysokości. Zestaw tych wyjść, ujmowany razem, tworzy obraz wspinaczki, która miała więcej wspólnego ze wspinaczką alpejską i skalną niż z tradycyjną taktyką himalajską.

Znamienne jest to, czego Kurtyka konsekwentnie odmawiał: ukompletowania Korony Himalajów i Karakorum. W latach, gdy Kukuczka zbierał czternasty z czternastu ośmiotysięczników, a następne pokolenie — Wielicki, Hajzer — kontynuowało wyścig, Kurtyka świadomie rezygnował z dróg, które uznałby za nieinteresujące technicznie lub estetycznie. Ta postawa nie była afiszem — była praktyką potwierdzaną przez dziesiątki decyzji w terenie i na etapie planowania. W wielu środowiskach alpinistycznych rozumiano ją i szanowano; w Polsce czasami budziła niezrozumienie.

Styl i charakter

Ci, którzy znali Kurtykę osobiście, opisują go jako człowieka nieprzeciętnie zdyscyplinowanego intelektualnie, a zarazem odżegnującego się od towarzyskiej gawiedzi środowiska. Był selekcyjny w wyborze partnerów i celów. Partnerów szukał wszechstronnych — stąd współpraca ze Schauerem, Loretanem, MacIntyre’em, wykraczająca poza granice polskiej sceny alpinistycznej. Nie stronił od środowiska, ale nie był człowiekiem spotkań konferencyjnych. Zamiast tego pisał — jego eseje i wywiady, zebrane i przetłumaczone na kilka języków, są do dziś czytane jako filozofia alpinizmu.

Kurtyka był postacią, która do spółki irytowała i fascynowała swoich współczesnych. Jego odmowa gromadzenia szczytów była przez jednych odbierana jako arystokratyczny gest, przez innych jako dowód głębszej spójności — człowieka, który rozumie różnicę między kompletowaniem kolekcji a sztuką wspinaczki. Sam Kurtyka nigdy nie tłumaczył się ze swoich wyborów w sposób obronny: wyjaśniał je spokojnie, przez pryzmat filozofii, i nie oczekiwał, że wszyscy podzielą jego perspektywę.

Jego relacja z Kukuczką była przez lata przedmiotem analizy środowiskowej — dwóch alpinistów o tak różnych temperamentach i filozofiach wspinania, którzy przez kilka lat tworzyli jeden z najskuteczniejszych dwuosobowych zespołów w historii. Kukuczka szedł po szczyty systematycznie, bez filozoficznych dywagacji; Kurtyka stawiał na jakość drogi ponad sumę wejść. Paradoksalnie ta różnica była ich siłą: każdy wnosił do partnerstwa coś, czego sam brakowało mu samemu, i razem osiągali więcej niż osobno. Gdy ich drogi się rozeszły — każdy poszedł ku celom charakterystycznym dla siebie — obaj osiągnęli rzeczy, których razem by nie zrobili.

W 2016 roku otrzymał Piolet d’Or za całokształt dorobku — nagrodę przyznaną przez międzynarodowe środowisko alpinistyczne osobom, których wkład jest trudny do przecenienia. Ceremonia odbyła się w Chamonix. Kurtyka przyjął nagrodę bez fanfar, a w wywiadzie udzielonym przy tej okazji nie zmienił tonu: mówił o estetyce drogi, o różnicy między wspinaczką jako sportem a wspinaczką jako doświadczeniem. Dla części obserwatorów Piolet był spóźniony, choć słuszny; dla samego Kurtyki był prawdopodobnie gestem, który przyjął z uprzejmością, ale nie zmienił jego oceny własnej pracy.

Dziedzictwo

Kurtyka nie stworzył szkoły w formalnym sensie — nie prowadził kursów, nie był kierownikiem wypraw narodowych, nie wydał podręcznika. Ale jego wpływ na myślenie o alpinizmie wysokogórskim jest trudny do przecenienia. Udowodnił, że na ośmiotysięcznikach można działać bez masarni logistycznej, że styl może być wartością samą w sobie, nie tylko pragmatycznym skrótem do szczytu. Jego drogi — zwłaszcza zachodnia ściana Gasherbruma IV — są cytowane w literaturze alpinistycznej jako wzorce, do których kolejne pokolenia się odnoszą, nawet jeśli nie podejmują próby powtórzenia.

W polskim środowisku Kurtyka jest postacią trochę oddzielną — mniej obecną w oficjalnych narracjach niż Kukuczka czy Wielicki, może dlatego, że sam nie dbał o utrzymanie swojej obecności w tej narracji. Na świecie — zwłaszcza w kręgach alpinistów zachodnioeuropejskich i amerykańskich — jego imię jest wymawiane z rodzajem szacunku, którego nie mierzy się liczbą osiągniętych szczytów. Alpinizm Kurtyki wyprzedził epokę nie przez przypadek — był konsekwencją świadomego wyboru tego, co w górach jest naprawdę istotne. Tego rodzaju spójność między deklaracją a praktyką jest rzadka w każdym środowisku. W środowisku alpinistycznym, gdzie ambicja i ego są szczególnie naładowane, jest wyjątkowa.

Osobnym rozdziałem jest pytanie, czy zachodnia ściana Gasherbruma IV zostanie kiedykolwiek powtórzona. Kilka ekspedycji próbowało podejść do tej drogi — żadna nie powiodła się w sposób, który mógłby być nazwany powtórzeniem trasy z 1985 roku. Droga Kurtyki i Schauera pozostaje jednym z tych historycznych wejść, które z upływem czasu stają się nie mniej, lecz bardziej znaczące: kiedy środowisko dojrzewa i rozumie, co zostało dokonane, szacunek rośnie, a nie maleje. Kurtyka żyje i od lat nie udziela się publicznie z taką intensywnością jak wcześniej — ale jego dorobek mówi za siebie z wystarczającą siłą, żeby milczenie nie było żadnym uszczerbkiem dla jego miejsca w historii.