Andrzej Zawada — ojciec polskiego himalaizmu zimowego
Andrzej Zawada nie był najszybszym wspinaczem swojego pokolenia ani nie skompletował Korony Himalajów. Jego znaczenie mierzy się inną miarą: był architektem projektu, który zmienił historię alpinizmu. Pierwsze zimowe wejścia na ośmiotysięczniki, realizowane przez polskie ekspedycje w ciągu dwóch dekad, nie byłyby możliwe bez jego wizji — wizji, którą formułował od końca lat sześćdziesiątych i konsekwentnie urzeczywistniał przez kolejne trzydzieści lat. Zmarł w 2000 roku, kiedy projekt ten nie był jeszcze ukończony — ale jego fundament był nienaruszony.
Życie wczesne i pierwsze góry
Andrzej Zawada urodził się w 1928 roku. Był więc członkiem pokolenia, które wychowało się w czasie drugiej wojny światowej i młodość spędziło w Polsce Ludowej — co oznaczało, że drogę w góry musiało sobie torować w warunkach instytucjonalnych ograniczeń, ale i w warunkach specyficznego, zbiorowego dążenia do ekspansji. Taternizm i alpinizm były w tamtych latach działalnością pozwalającą Polakom na wyjazdy za granicę w sposób kwalifikowany i uzasadniony instytucjonalnie. Polskie Towarzystwo Tatrzańskie i późniejszy PZA były jednymi z tych instytucji, które ten mechanizm obsługiwały.
Zawada wspinał się w Tatrach, później w Alpach, a następnie w pasmach Kaukazu i Pamiru. Zdobywał doświadczenie organizacyjne równocześnie z doświadczeniem wspinaczkowym — był człowiekiem, który rozumiał, że wielka wyprawa to projekt zarządczy nie mniej niż projekt alpinistyczny. Ta dwoistość — wizjoner i organizator w tej samej osobie — była jego wyróżnikiem i dawała mu pozycję, której nie mogło zastąpić samo wspinaczkowe doświadczenie.
We wrocławskim środowisku alpinistycznym, z którym był związany, Zawada szybko zyskał pozycję człowieka, który potrafi pociągnąć projekt. Nie był temperamentem samotnikiem — myślał w kategoriach zespołów, zasobów, harmonogramów. Był też dyplomatą, co w środowisku pełnym silnych indywidualności miało wymierną wartość. Porafił rozmawiać z urzędnikami, sponsorami i partnerami zagranicznymi językiem, który był dla każdego z nich przekonujący.
Wyprawa na Kunyang Chhish i pierwsze himalajskie kroki
W 1971 roku Zawada prowadził polską wyprawę na Kunyang Chhish (7852 m) w Karakorum. Była to jedna z pierwszych dużych polskich ekspedycji w tym rejonie — próba pierwszego wejścia na szczyt, który nie był jeszcze zdobyty. Wyprawa zakończyła się pierwszym wejściem na szczyt (m.in. Jan Heinrich i Ryszard Stryczyński), lecz i tragedią: w trakcie wspinaczki w szczelinie lodowej zginął Jan Franczuk. Był to jeden z ciemniejszych epizodów w historii polskich wypraw himalajskich, a dla Zawady — który kierował ekspedycją — doświadczenie, które przez lata ważyło na sposobie, w jaki myślał o odpowiedzialności kierownika. Każde później przemówienie i każdy plan logistyczny nosiły ślad tej lekcji.
Lata siedemdziesiąte to dla Zawady czas, w którym krystalizuje się jego główna idea: atak na ośmiotysięczniki w sezonie zimowym. Nie była to tylko sportowa ambicja — Zawada argumentował, że zimowe wejścia otwierają nowy wymiar poznawczy i że demonstracja możliwości ludzkiego organizmu w warunkach ekstremalnych jest sama w sobie wartościowa. Zimowe ośmiotysięczniki to próba sprawdzenia, czy psychika i fizjologia człowieka jest zdolna do funkcjonowania w warunkach, które jeszcze w latach sześćdziesiątych były powszechnie uważane za śmiertelnie niebezpieczne.
17 lutego 1980: pierwsze zimowe wejście na Everest
Centralny punkt kariery Zawady to zima 1980 roku i wyprawa na Mount Everest. Zawada kierował tą ekspedycją jako organizator i strateg — w górach był odpowiedzialny za całość operacji, podczas gdy wspinacze rozbijali obozy i szturmowali kolejne poziomy. 17 lutego 1980 roku Leszek Cichy i Krzysztof Wielicki stanęli na szczycie Mount Everestu (8849 m). Było to pierwsze wejście na Everest zimą w historii. Temperatura podczas szturmu spadała do około minus pięćdziesięciu stopni Celsjusza w połączeniu z silnym wiatrem. Cichy i Wielicki weszli bez wspomagania tlenowego — aparaty tlenowe były na wyposażeniu, ale na ostatnim obozie napotkali problemy techniczne z zaworami i zdecydowali się działać bez tlenu.
Dla Zawady znaczenie tego wejścia było dwojakie. Po pierwsze, było dowodem, że jego teoria miała podstawy — zimowy Everest jest możliwy do zdobycia przez człowieka. Po drugie, otwierało drogę do dalszego programu: skoro Everest można zimową porą, można też inne ośmiotysięczniki. Zawada nie traktował tego wejścia jako celu samego w sobie, lecz jako potwierdzenie hipotezy i zielone światło dla kolejnych kroków.
W środowisku alpinistycznym — nie tylko polskim, ale i międzynarodowym — pierwsza zimowa ascensja Everestu wywołała podziw zmieszany z niedowierzaniem. Alpiniści z Zachodu, którzy przez lata budowali przekonanie, że zimowy Everest jest poza zasięgiem ludzkich możliwości, musieli zrewidować swoje oceny. Polska szkoła himalaizmu zimowego uzyskała nagle status lidera w dyscyplinie, która dopiero co zaczęła istnieć jako taka.
Po 1980: kontynuacja projektu
W 1984 roku Zawada kierował zimową wyprawą na Manaslu (8163 m), w składzie której znalazł się m.in. Artur Hajzer — jeden z alpinistów, którzy później sami poprowadzili wielkie zimowe wyprawy. Wyprawa zakończyła się sukcesem: pierwsze zimowe wejście na Manaslu. Rok później — kolejna ekspedycja, tym razem na Cho Oyu (8201 m) zimą, i kolejne pierwsze zimowe wejście. System Zawady działał: rok po roku, szczyt po szczycie, polskie wyprawy dopisywały do listy kolejne pierwsze wejścia zimowe.
Ważnym elementem tego projektu była zdolność Zawady do pozyskiwania i kształtowania ludzi. Wielicki, Cichy, Hajzer, Berbeka — przez polskie wyprawy zimowe przeszły dziesiątki alpinistów, którzy później tworzyli kolejne pokolenia. Zawada nie był mentorem w romantycznym sensie: był menadżerem projektu, który wiedział, kogo potrzebuje i jak tych ludzi zaangażować. Jego zdolność do utrzymywania spójności ekspedycji złożonej z kilkunastu silnych indywidualności była imponująca, zważywszy na to, jak łatwo w tego rodzaju środowisku o konflikty i dezintegrację.
Finansowanie polskich wypraw zimowych w tamtych latach było osobnym wyzwaniem. PRL nie było krajem bogatym, a dewizowe ograniczenia sprawiały, że każda ekspedycja wymagała osobnego systemu pozyskiwania środków — przez PZA, przez zakłady pracy patronujące wyprawom, przez kontakty zagraniczne. Zawada był w tym zakresie mistrzem: potrafił przekonać instytucje do wspierania projektów, które na racjonalną kalkulację nie miały szans uzyskać finansowania. Jego umiejętność operowania w systemie bez dostosowywania się do systemu była rzadka i niezastąpiona.
Styl i charakter
Wspomnienia osób, które pracowały z Zawadą, są zgodne w jednej kwestii: był człowiekiem niezwykłej charyzmy i siły perswazji. Potrafił przekonać ludzi — alpinistów, instytucje, sponsorów, partnerów zagranicznych — do projektów, które na papierze wyglądały jak fantazja. Był dyplomatą w środowisku, w którym ego jest siłą napędową: umiał zarządzać ambicjami ludzi wyjątkowo silnych i niezależnych, nie gasząc ich przy tym.
Nie stronił od trudnych decyzji. Zdawał sobie sprawę, że zimowe wyprawy himalajskie są związane z ryzykiem nieporównywalnym z letnim sezonem, i nie udawał, że jest inaczej. Jego stosunek do ryzyka był realistyczny: nie gloryfikował niebezpieczeństwa, ale nie ukrywał go pod eufemizmami. W tym sensie był bardziej autentyczny od tych, którzy głosili wielkość alpinizmu bez przyznawania się do jego ceny. Tragedia na Kunyang Chhish ukształtowała go w tym zakresie — człowiek, który stracił uczestnika wyprawy (Jana Franczuka) pod swoim kierownictwem, nie może być lekkomyślny w słowach ani czynach.
Dziedzictwo
Andrzej Zawada zmarł w czerwcu 2000 roku. W momencie jego śmierci jedenaście z czternastu ośmiotysięczników miało już za sobą pierwsze zimowe wejścia — większość dokonana przez polskie ekspedycje. Trzy pozostałe — K2, Nanga Parbat i Broad Peak — czekały jeszcze wiele lat. K2 zimową porą zostało zdobyte dopiero w 2021 roku, przez międzynarodowy zespół z dominującym udziałem nepalskich alpinistów. Projekt, którego Zawada był architektem, dobiegł końca — ale Zawada sam tego końca nie doczekał.
Pytanie o dziedzictwo Zawady jest w pewnym sensie prostym pytaniem: co zostałoby z polskiego himalaizmu zimowego bez niego? Odpowiedź nie jest prosta — bo być może ktoś inny wpadłby na tę samą ideę. Ale w historii, która realnie się wydarzyła, Zawada był pierwszym, który miał wizję i wytrwale ją realizował przez trzydzieści lat. To nie jest mało. To jest dokładnie tyle, czego historyk potrzebuje, żeby powiedzieć o kimś, że był „ojcem” jakiegoś zjawiska — nie przez samozwańczy tytuł, lecz przez fakt, że bez niego to zjawisko nie byłoby takie, jakie jest.
Polskie himalaizm zimowy jest dziś przedmiotem ogólnoświatowego uznania — z perspektywy czasu widać, jak bardzo był to projekt wyprzedzający epokę. Alpiniści innych narodowości przez dekady patrzyli na polskie zimowe wejścia jako na coś nieosiągalnego — i dopiero w drugiej dekadzie XXI wieku zaczęli systematycznie podejmować własne próby zdobycia ostatnich niezdobytych zimą ośmiotysięczników. Zawada tego nie doczekał, ale jest w tym kontekście postacią założycielską: jego wizja była tak przekonująca i tak dobrze zrealizowana, że zmieniła myślenie całego środowiska — i uczyniła zimowy himalaizm nie ekscentryczną polską fanaberią, lecz głównym nurtem historii alpinizmu.