Aleksander Lwow — kronikarz polskiego himalaizmu
Nie każdy alpinista pozostawia po sobie rekord prędkości lub pierwszą drogę. Aleksander Lwow należy do tych, którzy zostawili coś innego — zapis. Współuczestnik wypraw w Karakorum i na Pamir, ale nade wszystko człowiek, który miał sposobność i zdolność opisania środowiska od wewnątrz: bez łodzienności prasowej i bez hagiografii. Jego książki są do dziś lekturą, po którą sięga się, gdy chce się zrozumieć — a nie tylko upamiętnić — polskie himalaizm przełomu lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych.
Pochodzenie i początki w górach
Aleksander Lwow urodził się 18 września 1953 roku w Krakowie.. Wspinać zaczął się w kręgach wrocławskiego środowiska taterniczo-alpinistycznego, gdzie w tamtych latach istniało szczególne skupienie talentów. Klub Wysokogórski Wrocław był wówczas jednym z najważniejszych ośrodków polskiej wspinaczki wysokogórskiej, skupiającym ludzi, którzy później zaznaczyli się w historii polskiego alpinizmu. Lwow przeszedł tę samą szkołę taternicką co wielu jego rówieśników — Tatry, pierwsze drogi skałkowe, wyjazdy alpejskie — i z tego fundamentu budował swój własny program.
Interesował się jednak nie tylko samym wspinaniem, ale i kontekstem, w jakim się ono odbywa. Pisał o wyprawach, szukał źródeł dokumentacyjnych, rozmawiał z uczestnikami historycznych ekspedycji. To zainteresowanie historyczno-literackie różniło go od większości współczesnych, dla których zapisek poalpejski kończył się na krótkiej relacji w biuletynie klubowym. Lwow rozumiał, że każda wyprawa to nie tylko zdarzenie sportowe, ale też zjawisko ludzkie — i jako takie zasługuje na opis, który nie ogranicza się do listy szczytów i dat.
W pokoleniu Lwowa formowanie jako alpinisty przebiegało przez liczne obozy, zimowe wyjazdy tatrzańskie i systematyczne treningi skalne. Droga od Tatr do Hindukuszu i Karakorum zajmowała nieraz ponad dekadę — nie dlatego, że brakowało umiejętności, ale dlatego, że ograniczenia paszportowe i dewizowe PRL-u sprawiały, że każdy wyjazd zagraniczny był efektem wielomiesięcznych starań organizacyjnych. Cierpliwość i zdolność do długoterminowego myślenia — cechy, które później charakteryzowały jego pisarstwo — były już widoczne w tym etapie kariery.
Działalność w terenie
Lwow uczestniczył w ekspedycjach na Pamir i w Tien-szanie, potem w Karakorum — rejonie, który był wówczas areną najambitniejszych polskich projektów. W 1985 roku brał udział w zimowej wyprawie na Cho Oyu (8201 m). Zimowy himalaizm był wówczas specjalnością polską — program systematycznego atakowania ośmiotysięczników w sezonie zimowym, inspirowany wizją Andrzeja Zawady, stanowił coś w rodzaju projektu środowiskowego o międzynarodowym zasięgu. Cho Oyu zimową porą roku było zadaniem technicznie i logistycznie trudnym — wyprawa zakończyła się bez szczytu — ale dostarczyła materiału obserwacyjnego, który Lwow oprócz samej wspinaczki przetwarzał pisarsko.
Rok później, w 1986 roku, Lwow znalazł się w gronie uczestników polskiej wyprawy na K2 — roku, który przeszedł do historii jako jeden z najtragiczniejszych w dziejach wspinaczki na tę górę. W sezonie letnim i zimowym 1986 roku zginęło na K2 trzynastu alpinistów z różnych wypraw, w tym kilkoro Polaków. Lwow dotarł do około 8200 m, po czym zszedł bez szczytu. Ten moment — zatrzymanie się kilkaset metrów poniżej wierzchołka, decyzja o odwrocie — jest w jego późniejszych zapisach opisywany nie dramatycznie, lecz rzeczowo: jako jeden z wielu momentów, w których granica między życiem a śmiercią jest wyznaczona przez kalkulację, a nie przez heroizm.
Obok Karakorum Lwow eksplorował też pasma Pamiru i Tien-szanu, które w tamtych latach były dostępne dla polskich alpinistów przez sowieckie struktury organizacyjne. Wyprawy te — mniej glamour-owe od himalajskich — dawały solidne doświadczenie techniczne w dużej skali i były dla wielu uczestników przejściem między Tatrami a prawdziwymi ośmiotysięcznikami. Lwow znał ten teren dobrze i potrafił o nim pisać precyzyjnie, co wyróżniało go wśród autorów relacji alpinistycznych epoki.
Pisarstwo i działalność dokumentacyjna
Najtrwalszą częścią dorobku Lwowa są jego książki. Jedna z głównych pozycji jego dorobku literackiego — poświęcona polskiemu himalaizmowi zimowemu — stała się jedną z podstawowych lektur polskiej literatury alpinistycznej. Lwow pisał o zimowych wyprawach himalajskich od wewnątrz, ze znajomością środowiska, którą dawał udział w ekspedycjach — ale i z analitycznym dystansem, którego brakuje wielu relacjom z epoki. Nie gloryfikował bez powodu i nie pomijał kontrowers. Opisywał decyzje — również błędne — i ludzi ze świadomością złożoności ich charakterów.
Był też współredaktorem „Bularza” — almanachu Klubu Wysokogórskiego, który pełnił rolę kroniki środowiskowej. Tego rodzaju wydawnictwa są często niewidoczne dla ogólnego czytelnika, ale są niezastąpione dla historyków ruchu alpinistycznego. Lwow rozumiał tę funkcję i konsekwentnie na nią pracował: zbierał relacje, weryfikował fakty, układał materiał w sposób, który pozwalał na późniejsze odtworzenie pełnego obrazu epoki. Bez tej pracy znaczna część historii polskich zimowych wypraw himalajskich istniałaby tylko w formie urywkowych wspomnień — nieweryfikowalnych i niepołączonych.
Trzeba też pamiętać o kontekście, w jakim powstawała literatura alpinistyczna w Polsce lat osiemdziesiątych. Kraj był w stanie kryzysu gospodarczego i politycznego; góry — zarówno jako aktywność fizyczna, jak i jako temat literacki — były jedną z tych dziedzin, gdzie cenzura i presja polityczna były relatywnie słabsze niż w innych sferach kultury. Pisanie o górach dawało pewien rodzaj swobody, której gdzie indziej brakowało. Lwow korzystał z tej swobody i tworzył teksty, które nie były skażone propagandą ani autocenzurą — co sprawia, że są dziś dokumentami bardziej wiarygodnymi niż wiele ówczesnych relacji z innych dziedzin.
Styl i charakter
Lwow w opisach osób, które go znały, jawi się jako człowiek wyważony — krytyczny obserwator, ale nie cyniczny. Nie szukał głównej roli w żadnym sensie: ani nie był kierownikiem wyprawy, ani nie walczył o prymat medialny. Jego pozycja w środowisku była zbudowana na kumulacji: latach obecności, setkach przeczytanych i napisanych stron, i tym specyficznym autorytecie, który zdobywa się przez bycie i bycie widzianym przez lata — bez mocnych wizerunkowych gestów.
Jego styl pisarski nie jest ekstrawagancki — to proza solidna, konkretna, zakorzeniona w faktach. Nie zawiera tasiemcowych opisów krajobrazowych ani patetycznych apoteoz męstwa. W tym sensie różni się od wielu relacji alpinistycznych, które grzeszą nadmiarem emocji i niedomiarem świadomości kontekstu. Lwow pisał tak, jakby wiedział, że fakty są wystarczająco wymowne — że dobra kronika nie potrzebuje ozdobników, a jedynie uczciwości wobec materiału.
Był człowiekiem, który czytał i rozumiał literaturę alpinistyczną w szerszym kontekście — nie tylko polskim, ale i europejskim. Śledził to, co pisali Francuzi, Niemcy, Anglicy; znał klasykę alpinistyczną i mógł umieścić polskie osiągnięcia w międzynarodowym polu odniesienia. Ta perspektywa widoczna jest w jego tekstach: nie pisał o polskim himalaizmie tak, jakby istniał w próżni, lecz jako o części większej historii, do której Polacy wnieśli swój szczególny rozdział.
Dziedzictwo
Aleksander Lwow nie jest figurą powszechnie rozpoznawalną poza środowiskiem alpinistycznym. To typowe dla ról, jakie pełnił — kronikarze i redaktorzy rzadko dostają taką samą widoczność co rekordziści. A jednak każdy, kto chce zrozumieć polskie himalaizm zimowy nie przez pryzmat samych rekordów, lecz przez pryzmat decyzji, błędów, strategii i ludzkiego kosztu wypraw — sięga po jego książki.
Istnieje pewna kategoria zasług w historii sportu, które są ważne nie ze względu na własne osiągnięcia, lecz ze względu na to, co dają innym. Lwow dokonał dla polskiego himalaizmu czegoś, co każdy historyk rozumie: zachował świadectwa. Bez tego rodzaju pracy historia danego środowiska jest niekompletna — o ile w ogóle można ją napisać. Że Lwow dokonał tego przy okazji własnej aktywności alpinistycznej, łącząc dwa role w jednej osobie, jest dodatkowym powodem, dla którego jego miejsce w historii polskiego alpinizmu powinno być wyraźniejsze niż jest.
W porównaniu do autorów, którzy opisują góry z zewnątrz — dziennikarzy, pisarzy, krytyków literackich — Lwow miał tę przewagę, że mówił o doświadczeniu z wewnątrz. Znał różnicę między tym, jak wyprawy wyglądają w relacjach prasowych, a tym, jak wyglądają w obozie bazowym o trzeciej w nocy, gdy pogoda się psuje i plan się sypie. To właśnie ta wiedza sprawia, że jego teksty są użyteczne nie tylko jako lektura historyczna, ale i jako dokument antropologiczny środowiska, które przez kilka dekad zmieniało granice tego, co uważano za możliwe.
Środowisko alpinistyczne ma tendencję do zapominania o ludziach, którzy nie zostawili po sobie rekordów. Najczęściej pamięta się tych, którym udało się coś zrobić po raz pierwszy — pierwsze zimowe wejście, nowa droga, najstarsza wiek na szczycie. Lwow nie mieści się w żadnej z tych kategorii, przynajmniej nie w sposób oczywisty. Mieści się natomiast w kategorii rzadszej i ważniejszej: ludzi, dzięki którym środowisko ma o sobie pamięć. Bez tej pamięci każde pokolenie zaczyna od zera — nie tylko jeśli chodzi o technikę wspinaczki, ale i o rozumienie własnej historii. Lwow tę pamięć budował przez dekady. To jest jego dziedzictwo.